środa, 30 marca 2016

Rozdział V

Witajcie!
Cieszę się, że to czytasz ;)
Na wstępie chciałam powiedzieć, że 
trochę się spieszyłam z rozdziałem, więc nie jest idealny.
Jest w nim jeden link, ale nie wynika on z braku chęci opisania
przedmiotu, tylko chciałam, żeby każdy z was wyobraził to sobie podobnie jak 
ja. Jednym zdaniem - chciałam zachować styl retro.
Kiedy następny rozdział jeszcze nie wiem, ale notka o tym pojawi 
się już niedługo ;) . 
Pozdrawiam i zapraszam do czytania!

***

Poczuła lekkie szarpnięcie w okolicy pępka i świat zaczął wirować. Teleportacja nie była długa. Po chwili oboje wylądowali w ciemnym sklepie, tym samym, w którym znaleźli się na początku. Mimo strachu, dziewczyna nie mogła opanować zdziwienia, dlaczego on zabrał ją właśnie tutaj? Przecież było to niedaleko od ulicy Pokątnej, zaraz ktoś tu po nią przyjdzie. Pocieszała się takim myśleniem starając się uspokoić. Dezorientacja po teleportacji minęła zupełnie, spojrzała na wyjście i na blondyna otrzepującego się z kurzu dwa metry dalej. Rzuciła się biegiem do drzwi. Bała się tej ulicy, ale nic innego jej nie pozostało. Była już blisko drzwi, kiedy poczuła na swoim ramieniu silny uścisk. Wyrywała się, ale kiedy dotarło do niej, że nic to nie da, tylko głęboko westchnęła.
– Gdzie się wybierasz? – Zimny szept, ciarki przeszły jej po plecach. Draco pchnął ją w stronę drugich drzwi. 
Sklep był zupełnie pusty. Malfoy nie bez powodu teleportował się z Hermioną właśnie tutaj. To był punkt deportacji śmierciożerców, teleportując się stąd, zacierało się wszystkie ślady. Po raz kolejny musiał się spieszyć, przyjaciele dziewczyny mogli być już na Śmiertelnym Nokturnie. Zdecydowanie pociągnął Hermionę w stronę niewielkiego koła wymalowanego na panelach podłogowych. Dziewczyna wyrywała się, co potęgowało wrażenie, że już  nigdy mu nie wybaczy. Kiedy wreszcie stanęli na środku figury, Draco bez zwłoki teleportował się z Hermioną prosto na Lazurowe Wybrzeże. Powinien zrobić to od razu, a on jak głupi chodził po sklepach. Z drugiej strony może dzięki temu teraz dziewczyna przyjmie wizytę na Pokątnej jako argument do rozmowy. 
Teleportacja trwała blisko pół godziny. Był to okropny czas zwłaszcza dla byłej gryfonki. Kiedy tylko zmaterializowali się przed bramą dworku, dziewczyna upadła łapiąc się za brzuch. Było jej bardzo niedobrze. Draco westchnął doskonale znając konsekwencje nagłej teleportacji. Dobrze, że Hermiona się nie rozszczepiła. Przykucnął i delikatnie wziął ją na ręce. Próbowała się bronić, ale była słaba. Lekki wiatr tańczył w jej kasztanowych włosach, a w oczach czaił się strach pomieszany z buntem. Kiedy majestatyczne drzwi dworku zamknęły się, w Draconie zaczęło dojrzewać poczucie winy. 

***

– Zniknęli! – Wykrzyknął oburzony Izaak. – Po prostu zniknęli, nie wiem gdzie mogą być.
– Milcz, Craven. - Mruknął szef biura aurorów. – To wszystko twoja wina. Powinienem cię teraz zwolnić, bo nie dość, że sam wypuściłeś Malfoy'a, to jeszcze nie jesteś w stanie znaleźć najmniejszego śladu po dziewczynie.
– To była jednorazowa pomyłka, szefie. – Powiedział skruszony auror.
– Powiedz mi... Co cię tak właściwie podkusiło... – Przełożony zmierzył Izaaka pogardliwym spojrzeniem. – Żeby do niego podchodzić lub, co gorsza, wyjawiać mu gdzie przebywa panna Granger?! – Był wściekły, miał Cravena za swojego najlepszego pracownika. Nigdy nie zdarzały mu się żadne pomyłki, ale to co teraz zrobił to czyn niegodny nawet najgorszego aurora. Miał ochotę natychmiast go zwolnić, ale był to naprawdę dobrze wyszkolony mężczyzna. 
Izaak milczał. Czuł się niewyobrażalnie głupio, że tak postąpił. Wytykał sobie, że jest niekompetentny i niewykwalifikowany. Nie chciał, aby teraz traktowano go niepoważnie, więc postanowił się pozbierać i wziąć czynny udział w śledztwie. Niestety Phil White, jego przełożony i największa zmora Departamentu Tajemnic, pokrzyżował mu plany.
– Słuchaj mnie uważnie, Craven. – Wycedził Phil przez zaciśnięte zęby. – Odsuwam cię od tego śledztwa...
Izaak już otwierał usta, żeby zaprotestować, ale szef uciszył go jednym ruchem ręki. 
– Ciesz się, że jeszcze tu pracujesz. – Warknął Phil i opuścił swoje biuro. 
Pechowy auror został sam oburzony i zestresowany. Kopnął śmietnik w rogu pokoju, a widząc lekkie wgniecenie po ciosie, naprawił go jednym zaklęciem. Czuł się odizolowany od sprawy, która jego najbardziej dotyczy. Przecież gdyby poprowadził skuteczne śledztwo z pewnością odzyskałby zaufanie White'a. Stracił tę szansę. Był zły i nie zamierzał tego tak zostawić. Będzie kontynuował sprawę na własną rękę, czy się Phil'owi podoba, czy nie.

***

Obudziła się. Nawet nie pamiętała, kiedy straciła przytomność. W głowie wirowały jej różne obrazy z blondwłosym chłopakiem na czele. Przypomniała sobie. Odruchowo zacisnęła pięści i podniosła się do pozycji siedzącej. Dopiero teraz zauważyła gdzie się znajduje. Był to piękny i obszerny pokój. Od razu dało się wyczuć, że pomieszczenie zamieszkiwała kiedyś osoba majętna. Nie chodziło tutaj o ilość mebli oraz przedmiotów, bo pod tym względem pokój był dość skromny, ale o gust oraz wykonanie całego miejsca. Ściany były tu bladoniebieskie, a wszystkie meble białe. Na środku stało duże łóżko z baldachimem oraz jasnoniebieską pościelą. Po prawej stronie biała toaletka, stoliczek i drzwi prowadzące zapewne do łazienki. Po lewej przy drzwiach stała półka z książkami oraz kilkoma porcelowanymi figurkami baletnic w bladoniebieskich spódnicach. Dalej sporych rozmiarów jasna szafa, aż w końcu, na przeciwko drzwi do łazienki, duże wyjście na balkon.
Mimo smutku pomieszanego ze wściekłością, Hermiona nie mogła powiedzieć, że pokój jej się nie podoba. Była oczarowana i zastanawiała się, kim jest człowiek, który ją porwał, skoro mieszka właśnie w taki sposób. Już skądś kojarzyła jego twarz. Na pewno kiedyś go znała, ale czy był dla niej ważny? Nie potrafiła odpowiedzieć sobie na to pytanie. W tej chwili czuła do niego jedynie wściekłość i coś na rodzaj żalu. Była już tak bliska poznania prawdy o sobie. Dlaczego ją porwał? Co on ma z nią wspólnego? Kim byli mężczyźni, których przez kilka chwil widziała na Pokątnej?
Z powrotem opadła na miękkie poduchy łóżka. Było jej bardzo wygodnie. Położyła się na lewym boku i dostrzegła kartkę ze schludnie napisanym jej imieniem.

Granger,
zanim cokolwiek sobie przypomnisz i poślesz mnie
do diabła, uświadomię cię, że po teleportacji byłaś słaba i zemdlałaś.
Przeniosłem cię do twojego tymczasowego pokoju. Mam nadzieję, że 
przypadł ci do gustu, bo zostaniesz tam przez najbliższy czas.
Możesz przemieszczać się po dworku, ale nie wychodzić poza niego.
Na dole jest kuchnia oraz duży księgozbiór. Jakimś cudem
zachowały tu się skrzaty, więc jakbyś czegoś potrzebowała, zawołaj Łączkę.
Posiłki możemy jadać razem lub osobno - jak wolisz.
Nie próbuj uciekać, było kilka takich i niezbyt dobrze skończyli.
Zazwyczaj przebywam w gabinecie na parterze.
D. M.

Ostatnie litery najpewniej były inicjałami mężczyzny. Zaczęła się zastanawiać nad imionami i nazwiskami jakie znała. David, Dennis, Dudley? Moore, Morgan, Montgomery? Pokiwała głową kiedy na myśl przychodziły jej coraz to śmieszniejsze kombinacje. W miarę możliwości sama zapyta się o tożsamość tajemniczego pana  D. Teraz miała inne zmartwienia na głowie. Była uwięziona w tajemniczym dworku najprawdopodobniej gdzieś na końcu świata. Wyjrzała przez okno. Widok nie był zapierający dech w piersiach. Właściwie Hermiona miała wrażenie, że dom położony jest na jakimś pustkowiu w ciepłym kraju. Widziała tylko zasuszoną trawę i las w oddali. Zero perspektyw na ucieczkę. Może to jakiś czar? Może tylko jej się tak wydaje. Westchnęła ciężko i podniosła wcześniej rzucony liścik. Miała zawołać Łączkę gdyby czegoś potrzebowała. Momentalnie przypomniały jej się słowa Justina, że w domach czarodziejów służą skrzaty. Łączka była jednym z nich, a co za tym szło – służyła w tym dworku. Dziewczyna nie chciała jej wykorzystywać, ale nie miała wyboru. Czując się trochę głupio, krzyknęła:
– Łączka!
Pstryk! W pokoju zmaterializowała się pomarszczona skrzatka z wielkimi wyłupiastymi oczami i długim, spiczastym nosem. Skłoniła się tak, że jej nos prawie dotknął ziemi. 
– Panienka wzywała? – Zapytała przestraszona nie spuszczając wzroku z podłogi. 
Hermiona ledwo powstrzymała łzy widząc to niewinne stworzonko w najgorszych łachmanach i całe brudne. Nie pamiętała, że właśnie tak większość czystokrwistych rodów traktuje skrzaty. 
– Tak, wzywałam cię Łączko. – Odrzekła ,,panienka" przyjaznym tonem. – Czy mogłabyś mnie, proszę, zaprowadzić do kuchni?
Wyłupiaste oczy Łączki prawie wyszły z orbit. Jeszcze żaden czarodziej tak jej nie traktował. Spojrzała niepewnie na właścicielkę aksamitnego głosu. Hermiona przykucnęła przy skrzatce, żeby bliżej przyjrzeć się jej ubraniu. Na ten gest Łączka odskoczyła ze strachem.
– Zrobiłam coś nie tak? – Zapytała zaniepokojona kasztanowłosa. 
Skrzatka widząc, że Hermiona wcale nie chciała zrobić jej krzywdy, nieco się zmieszała.
– Łączka przeprasza, Łączka nie chciała tak od panienki odskoczyć.
Słysząc to wyznanie Hermionie przyszło na myśl, że skrzat domowy może się jej lękać. Patrząc na wygląd Łączki człowiekowi robiło się ciężko na sercu. Kto wie? Może ta mizerota była źle traktowana przez mieszkańców dworku? Uśmiechnęła się do stworzonka pokrzepiająco.
– Zanim pokażesz mi kuchnię, czy mogłabyś zapytać tego mężczyznę, który mnie tu przywiózł o moją garderobę? – zapytała, bo czuła, że skrzatka poczuje się potrzebna wykonując zadanie. – Nie mam tu żadnych rzeczy.
Łączka pokiwała energicznie głową i po chwili już jej nie było. Hermiona uśmiechnęła się pod nosem postanawiając, że kiedy tylko skrzat wróci, każe mu się umyć i zmienić swoje ubranka.
Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że kiedy wychodziła z pokoju w klinice, swoją różdżkę wepchnęła pomiędzy spodnie a bieliznę. Kiedy po raz pierwszy położyła się na łóżku coś zaczęło ją tam uwierać, ale miała dość wrażeń, żeby o tym myśleć. Teraz przyglądała się przedmiotowi z umiarkowanym zainteresowaniem. Różdżka była przyjemna w trzymaniu i niewątpliwie robiła nią już wielkie rzeczy. Problem w tym, że jedyne zaklęcie jakie do tej pory opanowała to ,,Wingardium Leviosa", którego nauczył ją właśnie fałszywy auror. Zaczęła lewitować tancerki stojące na regale z książkami tak, aby przynajmniej jedna tancerka była na każdym meblu oprócz szafy i krzesła. Sprawiało jej to niemałą radość. Kiedy uznała, że wszystko jest jak należy zaczęła się oglądać za nowym zajęciem. Spojrzała na drzwi, które zapewne prowadziły do łazienki lub garderoby oraz na na równo poukładane książki. Przez chwilę zastanawiała się co zrobić pierwsze: zagłębić się w lekturze czy zobaczyć łazienkę? Łazienka wygrała, już po chwili jej oczom ukazało się urocze wnętrze w stylu angielskim. Poczuła rozczarowanie, bo kiedy ujrzała łazienkę, zrozumiała, że jej nowy pokój nie ma żadnych wad. Przedtem myślała, że będzie przynajmniej miała na co narzekać. No cóż, takie życie.
Ściany w łazience również były bladoniebieskie. Po prawej stronie znajdywał się kaloryfer naścienny, który aktualnie pełnił funkcję wieszaka na błękitny szlafrok i dwa ręczniki. Następnie stała umywalka na półpostumencie. Była owalna oraz dość cienka. Nad umywalką wisiało piękne lustro, które ukazywało postać ucinając tylko stopy. Miało ono ramę w błękitne kwiaty na białym tle. Na przeciwko Hermiony stała angielska wanna na nóżkach. Jej krany miały porcelanowe zakończenia i były srebrne. Po lewej stronie znajdywały się białe szafki oraz kosze na śmieci i brudne ubrania. Pomiędzy wanną a pierwszą szafką znajdywały się jeszcze jedne drzwi. Dla Hermiony było już prawie pewnym, że jest za nimi toaleta. Nie myliła się.
Przeszła powolnym krokiem po łazience leniwym ruchem dotykając każdego mebla. Był jeszcze jeden szczegół. Łazienka była zupełnie wyposażona. Były tu mydła, szampony, ręczniki i kosmetyki. Kiedy Hermiona zajrzała do szafek zauważyła w nich waciki kosmetyczne, kilka jedwabnych piżam i nawet... Podpaski. Zarumieniła się równocześnie dziękując losowi za to, że nie będzie musiała prosić nikogo o takie intymne rzeczy. Wszystko było tu pomyślane.
Wyszła z łazienki. W swoim pokoju zastała Łączkę, która z widocznym zadowoleniem układała nowe ubrania byłej gryfonki w szafie. Podeszła obejrzeć odzież. Były to prześliczne sukienki. Większość była kolorowa, ale zdarzały się też czarne i białe. Wyglądały jak żywcem wyciągnięte z lat pięćdziesiątych. Wśród ubrań nie zabrakło również bielizny.
– Łączko? – Dziewczyna ciepło uśmiechnęła się do skrzatki. –  Zaprowadzisz mnie do kuchni? Ubrania sama złoże w szafie.
– Jak panienka sobie życzy. – Odparła ochoczo Łączka, by po chwili dodać:
– W kuchni obecnie jest panicz, syn pani Narcyzy.
– Ah, tak? – Powiedziała do siebie Hermiona. – W takim razie jeszcze chętniej się tam udam. – Tym razem zwróciła się do Łączki, która tylko pokornie pokiwała głową.
– Chce panienka teraz tam pójść?
Hermiona pokiwała głową i już po minucie kierowała się za Łączką w stronę kuchni. Dopiero teraz dostrzec mogła ogrom miejsca w jakim się znajdywała. Weszły na długi korytarz pełen drzwi. Okazało się, że wejście do pokoju Hermiony było przedostatnie od prawej strony. Szły jasnym korytarzem. Podłoga wykonana była z drewna jesionu, a ściany były albo bardzo jasno kremowe, albo po prostu białe. Hermiona naliczyła łącznie dwadzieścia drzwi po obu stronach korytarza. W końcu doszły do gustownych, kręconych schodów. Łączka przystanęła.
– Panienka wybaczy, ale Łączce nie można schodzić po tych schodach. –  powiedziała nieśmiało skrzatka.
– Dlaczego? – zapytała zdezorientowana dziewczyna.
– Dawno temu panna Black zakazała skrzatom domowym przemieszczać się po tych schodach. – Odpowiedziała Łączka zgodnie z prawdą.
– Panna Black?
– Tak, to dworek Black'ów. –  Odparło stworzonko i spojrzało podejrzliwie na Hermionę. – Mogą się tu dostać tylko ci, w których żyłach płynie krew tego rodu, panienko.
Była gryfonka złapała się za głowę. Jak to możliwe? Przecież ona nie była z rodu Black'ów, chyba... Podała takie nazwisko tylko panu Olivanderowi na Pokątnej, po prostu przyszło jej to do głowy. Ona jest Granger, tylko Granger. Westchnęła i spuściła głowę. Nagle na prawej dłoni zauważyła nieduże rozcięcie. Była niemal pewna, że wcześniej go nie miała. Wcześniej to znaczy zanim przybyła do posiadłości Black'ów. To wszystko było podejrzane, ale przecież D był czarodziejem. Istniało wiele czarów o których nie miała pojęcia.
– Dobrze, Łączko. Ale w takim razie, jak ty schodzisz na dół? – Zapytała Hermiona siląc się na spokój.
– Łączka do sobie radę. – Zapewniła skrzatka i po chwili rozpłynęła się w powietrzu.
Dziewczyna została sama przy krętych schodach. Dotknęła niepewnie poręczy i poczuła gładkie drewno. Powolnym krokiem zaczęła schodzić w dół. Kiedy zeszła z ostatniego schodka, znalazła się pomiędzy salonem a jadalnią. Oba pomieszczenia utrzymane były w jasnych barwach. W jadalni dominował kolor kawy z mlekiem, a salon był po prostu biały. W jadalni stół oraz inne meble wykonane były z ciemnego drewna. Na ścianach było wiele obrazów, niektóre, ku przerażeniu Hermiony, ruszały się, ale były też tam najzwyklejsze mugolskie malowidła. Postacie z dzieł, dzieląc się na dwie grupy, patrzyły na dziewczynę z pogardą, jak i życzliwie. Szeptały między sobą i pokazywały ją palcami. Jedna dystyngowana dama, wrzasnęła:
– Szlama w posiad–łości Black'ów!
Hermiona nie wiedziała co ją tak zabolało w słowie ,,szlama". Była niemal pewna, że to jakaś obelga. Odwróciła się tyłem do hałaśliwych obrazów i dopiero teraz zauważyła, że po obu stronach schodów są duże, oszklone wyjścia do ogrodu. Jedno w salonie, jedno w jadalni. Ale najbardziej zadziwiający był sam ogród. Z drugiej strony rezydencji Hermiona widziała tylko puste pole, ale tu... Zupełnie jakby krajobraz się zmienił. Na zewnątrz było zielono i kolorowo. W oddali dostrzec można było błękitne morze. Na środku ogrodu stała nieduża fontanna, a po prawej stronie była altana cała porośnięta krzewami różnokolorowych róż. Właściwie w całym ogrodzie było mnóstwo róż. Wszędzie były ich inne odmiany. Widok ten tak kusił, że Hermiona ledwo się powstrzymała by nie wbiec do tego kwiatowego raju. Przypomniała sobie po co tu przyszła. Jak na komendę odwróciła się tyłem do szyby i dostrzegła Łączkę stojącą w kącie.
– Idziemy? – zapytała skrzata, który na jej pytanie tylko się ukłonił i ruszył do ciemnych drzwi odchodzących od jadalni. Łączka zatrzymała się przed nimi i oznajmiła:
– To wejście do kuchni, panienko. Łączka nie będzie panience przeszkadzać, już sobie pójdzie.
Hermiona pokiwała głową i pewnie pchnęła drzwi. Kuchnia była zupełnie zwykła. Oprócz tego, że wykonana została w trochę starszym stylu, to była nieduża i taka sama jak w większości domów. Ściany, łącznie z kafelkami, były tu jasnoróżowe. Wszystkie meble były białe, a firanki w polne kwiaty. Na środku pomieszczenia, opierając się o jeden z blatów, stał on. Kiedy zobaczył, kto wszedł, uśmiechnął się sarkastycznie i zapytał:
– I co, Granger? Podoba ci się?
– Na dom nie narzekam, gorzej z właścicielem. – odparła twardo.
Draco roześmiał się sztucznie, chcąc zachować pozory. Tak naprawdę najchętniej zaraz by jej to wyjaśnił, ale jego mroczniejsza część kazała mu pozostawić Hermionę w niepewności.
– Dlaczego tutaj jestem, ja nic nie pamiętam, zrobiłam kiedyś coś nie tak? – Zapytała z wyraźną pretensją.
– Ty, Granger, zrobiłaś dużo rzeczy o których nie masz zielonego pojęcia. – Odpowiedział spokojnie. – Ja również dużo zrobiłem, ale zupełnie świadomie.
– Co to znaczy? Jesteś przestępcą?
– Nie odpowiem ci na to pytanie.
– Mordercą, jesteś mordercą, prawda? – Zapytała histerycznie. – Ile ludzi już zabiłeś, powiedz mi!
Zaśmiał się zimno. 
– Dlaczego mnie tu uwięziłeś, chcesz mojego cierpienia, może pieniędzy? – Wykrzyknęła hamując łzy. Zaraz potem zrozumiała, ze powiedziała coś głupiego. Wystarczyło spojrzeć na miejsce w którym się znajdowali, aby stwierdzić, że przestępca to majętny człowiek.
– Pieniędzy mi nie brakuję, Granger... – Zaczął.
– Jestem Hermiona. – Ucięła dziewczyna.
Chłopak przyjrzał jej się uważnie zdziwiony zachowaniem dziewczyny. Nie sądził, że w tej sytuacji właśnie takie drobnostki będą dla niej ważne. 
– Draco, Draco Malfoy.
Dziewczyna wytrzeszczyła oczy. Inicjały się zgadzały, a imię na pewno było jej znane. Jej oczy spotkaly się z oczami chłopaka, to była chwila.

 Wspomnienie:

Był szary, październikowy wieczór. Kasztanowłosa dziewczyna przechadzała się po hogwarckich błoniach. Była trochę zestresowana. Co chwilę spoglądała w stronę Zakazanego Lasu jakby bała się, że zaraz zza krzaków wyskoczy jakaś kreatura. 
Wyszła, bo miała dość atmosfery panującej w zamku. Umbridge uwzięła się na wszystkich, a w szczególności, na uczniów Gryffindoru. Gdyby teraz wściekła pracownica ministerstwa ją przyłapała, jej dom z pewnością straciłby punkty. Westchnęła i zaczęła kierować się w stronę wejścia do Hogwartu. Przy samym zamku usłyszała śmiech. Postanowiła sprawdzić co się dzieje, w końcu była prefektem. To był zły krok, kiedy tylko odkryła źródło dźwięku, od razu pożałowała. Z boku, o jedną z kolumn opierał się Malfoy Junior i wesoło rozmawiał z kilkoma innymi ślizgonami. Hermiona postanowiła się wycofać i już była przy wyjściu, kiedy jeden z chłopaków, krzyknął:
– Patrzcie, idzie Granger!
Inni jak na komendę odwrócili się we wskazaną stronę, a dziewczyna przyspieszyła kroku. Szła coraz szybciej słysząc odgłosy tuż za sobą. Nagle poczuła jak ktoś podstawia jej nogę. Runęła na ziemię, a slizgoni zawyli z zachwytu. Natychmiast się podniosła i wycelowała różdżką w przywódcę ,,szajki", Dracona. 
– Uhu, nie tak ostro, Granger. – Warknąl blondyn. W tym czasie, Goyle, wykręcił dziewczynie ręce i odebrał różdżkę. Dziewczyna spojrzała hardo na Malfoya. 
– Siedmiu na jednego? – Syknęła, a ślizgoni wymienili ironiczne spojrzenia.
– Chyba nie myślisz, Granger, że będziemy cię bić? – Zapytał, Draco, sarkastycznie. – Nikt z nas nie chce dotykać szlamu. 
Ślizgoni zaśmiali się, ale Hermiona nie przejęła się.
– Więc czego chcecie? – Zapytała oschle.
– Chcemy? Od ciebie - niczego. – Odparł wrednie. 
– Jaka elokwentna odpowiedź, spodziewałam się czegoś mocniejszego. – Warknęła. – Łazisz za mną, zaczepiasz mnie i marnujesz na mnie swój ,,cenny" czas. – Hermiona zaśmiała się sztucznie. – To obsesja. Uważaj, bo Parkinson będzie zazdrosna. 
Draco zacisnął szczęki i wycedził:
– Mówiłem, że nie dotykam szlamu, ale dla ciebie mogę zrobić wyjątek.
– Cóż za zaszczyt. – Zironizowała. – Zostanie mi siniak po uderzeniu narcystycznego dupka i przy okazji białej fretki.
Ślizgoni wybuchnęli tłumionym śmiechem, a Malfoy zgromił ich wzrokiem. Wymierzył Hermionie mocny policzek. Dziewczyna zachwiała się, ale nie upadła. Nie chciała dać mu tej satysfakcji
– I co? Już nie jesteś taka pyskata. Warknął Nott stojący za Goylem. 
Dziewczyna zupełnie go zignorowała i zwróciła się do blondyna:
Uważasz się za arystokratę?
– Nawet nie wiesz jak. A kiedy patrzę na takie coś...
Arystokraci nie biją kobiet. – Łudziła się, że to coś da.
– Dla mnie nie jesteś kobietą, Granger. – Warknął. – Żadna głupia szlama nie będzie...
 Malfoy, Nott, Goyle, Zabini, Crabbe, Pucey, Flint! – Wykrzyknęła McGonagal, która właśnie pojawiła się na korytarzu. – Do mojego gabinetu! I to już. 
Hermiona spojrzała na nią z niemą wdzięcznością i nic nie wyjaśniając, pobiegła do wieży Gryffindoru. Tam z płaczem  rzuciła się na łóżko. 

Koniec wspomnienia.

Dziewczyna zamrugała kilka razy. Zrozumiała kim on jest. W jej oczach zabłysły łzy, kiedy spojrzała na niego po raz ostatni wybiegając z pomieszczenia. 





sobota, 26 marca 2016

Rozdział IV

Witajcie!
Dziękuję za przemiłe komentarze pod poprzednim rozdziałem,
nawet nie wiecie ile to dla mnie znaczy. W ramach wynagrodzenia
kolejny rozdział planuję na za tydzień :)
Nadal poszukuję bety!

***

Przemierzali ulicę Pokątną. Ani ona, ani on od dawna normalnie nie poruszali się po mieście. Brakowało im tego. Po wizycie w sklepie z żartami, Dracon odwiedził jeszcze bank Gringotta i wymienił galeony na funty. Wymiana na walutę mugoli nie wydawała się goblinom na tyle istotna, aby sprawdzać tożsamość klienta. Jak zwykle z chłodną uprzejmością obsłużyły przybysza. Wychodząc z budynku, Draco zaczął rozglądać się za Hermioną, która miała tu spokojnie czekać na jego powrót. Nic bardziej mylnego. ,,Przecież to Granger", skarcił się za lekkomyślność i zniknął w tłumie, poszukując dziewczyny. Po około piętnastu minutach zaczął się niepokoić. Co jeśli ją złapali? Czy ma szansę uciec? Ona przecież nie wiedziała, że to podstęp, spokojnie mogła go zdradzić. Jego oddech przyspieszył i zaczął się oglądać za jakąś konspiracją w pobliżu. Nie zauważył nic niezwykłego. Skierował się do księgarni, gdy przypomniał sobie, że wchodząc dziś do pokoju Granger, zastał ją z książką. Może zostały jej dawne upodobania? Spojrzał na napis ,,Esy i Floresy" i pchnął pewnie drzwi. W środku panował zgiełk. Zebrał się wielki tłum wokół podwyższenia na środku sklepu. Jakaś ważna osobistość przybyła do księgozbioru. Przyjrzał się dokładnie ,,gwieździe". 
- Wariatka Lovegood we własnej osobie. - mruknął do siebie.
Dziewczyna miała na sobie oryginalne spodnie w pomarańczowe ciapki i niebieską, ekstrawagancką bluzkę. Jej blond włosy były jeszcze dłuższe, niż w szkole i bardzo poplątane. Draco przyjrzał się zgromadzonym. Szukał brązowych, charakterystycznych włosów. A nie, nagle sobie przypomniał. Włosy Granger były teraz czarne. Zaczął jej na nowo wypatrywać. Nie mylił się, dziewczyna rzeczywiście znajdywała się w księgarni. Słuchała jak urzeczona opowieści Luny i co chwile poprawiała niesforny kosmyk włosów. Przepchał się przez tłum i złapał ją za ramię. Dziewczyna się wzdrygnęła, ale po chwili zobaczyła kto ją trzyma. 
- Miałaś stać w miejscu. - powiedział zdenerwowany.
- Ja wiem, że to było niemądre z mojej strony... - zaczęła się tłumaczyć. - Ale kiedy zobaczyłam tłum wchodzący do budynku nie mogłam się powstrzymać...
Malfoy patrzyl na dziewczynę srogim wzrokiem.
- Ona tak ciekawie opowiada... - rozmarzyła się Hermiona. - Czy wiedziałeś, że istnieją złośliwe stworzonka nazywane narglami? 
- Jak mógłbym nie wiedzieć. - zironizował i pociągnął dziewczynę w stronę wyjścia. - Chodziłem z tą wariatką do szkoły... 
Nagle zorientował się, że powiedział za dużo.
- Jak to? 
- To znaczy... - ,,myśl, Draco, myśl...", przecież Izaak nie jest w ich wieku. - Jestem od niej o wiele starszy, więc widziałem ją, kiedy Hogwart potrzebował stażysty. Prowadziłem kilka lekcji dla jej klasy...
- Nie jesteś ze mną szczery. - rzuciła oskarżycielsko.
- Wcale nie, ja po prostu nie lubię mówić o sobie. - skłamał. On kochał mówić o sobie. Dziewczyna jednak uwierzyła jego słowom i już po chwili kierowali się w stronę sklepu Olivandera. Tym razem weszli razem, na wszelki wypadek. Pan Olivander jak zwykle kręcił się przy olbrzymich pólkach, pełnych różdżek i pogwizdywał wesoło. Kiedy usłyszał kroki, nawet nie patrząc na gości, rzekł:
- O, pan Malfoy... - Draco się spiął, skąd ten staruszek wiedział? - Wiedziałem, że w końcu pan do mnie zawita... - przerwał, bo w tym momencie się odwrócił i zobaczył kogoś innego. - Dziwne, naprawdę dziwne... 
Zaczął coś do siebie mruczeć, jego magiczne narzędzia mierzyły klienta. Kiedy pomiar był kompletny, właściciel sklepu wszedł na drabinę i zaczął przkopywać stosy pudeł.
- Tak, tak, wiem... - mówił cicho. - To nie pana pierwsza różdżka... Już pan wcześniej miał inną z mojego sklepu... Tak, to naprawdę dziwne, czy jest pan spokrewniony z rodziną Black'ów?
- Eee... Moja matka jest kuzynką Narcyzy. - odparł lekko zestresowany.
- No tak, to wszystko wyjaśnia. - zacmokał pan Olivander, a Draco odetchnął z ulgą. - A pana piękna towarzyszka? Jak pani na imię?
- Rozalia, Rozalia Black. - powiedziała pewnie Hermiona. - Oboje uczęszczaliśmy do Durmstrangu. Nie wiem jak tobie... Victor, ale mi różdżkę kupowała tu matka. 
- Mi ojciec. - Draco podjął grę, choć nie miał zielonego pojęcia, jak dziewczyna przypomniała sobie o Black'ach i czarodziejskiej szkole. - To pewnie dlatego pan nas nie kojarzy. 
- To wszystko wyjaśnia. - odparł Olivander, ale cały czas przyglądał się im swoimi wielkimi oczami. - Proszę machnąć tą różdżką. - nakazał, podając przedmiot, Draconowi. Wystarczyło, że wziął ją do ręki, okno natychmiast pękło.
- Nie, to zdecydowanie nie ta... - właściciel sklepu skierował się z powrotem do półek. - A ta? - zapytał, rzucając podłużne pudełko w stronę Dracona bez ostrzeżenia. Na szczęście chłopak miał dobry refleks i złapał je wcale nie w ostatniej chwili. Poprzez sam dotyk opakowania, Malfoy poczuł magię. Nawet nie dotykając przedmiotu, rzekł:
- Biorę tę.
Pan Olivander pokiwał głową z aprobatą.
- Tak myślałem, wierzba, 11 cali, rdzeń z ogona jednorożca... Wszyscy Black'owie są dobrzy w urokach. - zastanowił się. - Dziesięć 
galeonów.
Draco podał mężczyźnie należną mu kwotę i niemal w pośpiechu wyszedł ze sklepu. Za nim podążyła Hermiona. Zaciągnął ją w jakąś boczną ulicę.
- No, Granger... - spojrzał na nią podejrzliwie. - Teraz grzecznie i bez żadnych ,,ale" powiesz mi skąd wiesz o istnieniu Durmstrangu. 
- Nie wiem.
Chłopak spojrzał na nią zdziwiony.
- Jak to? Przecież w sklepie powiedziałaś...
- Ale ja naprawdę nie wiem, ta nazwa po prostu mi się nasunęła. Czułam, że muszę tak powiedzieć. - mówiła zupełnie szczerze i głos ani razu jej nie zadrżał.
- A nazwisko?
- Pierwsze, lepsze przyszło mi do głowy... - zamyśliła się. - Zachowujesz się dziwnie podejrzanie... Przecież to ty powinieneś mi powiedzieć, dlaczego tak się dzieje!
- Wcale nie.
- Wcale tak.
- No właśnie nie!
- Tak, nie wykręcaj się! Od początku zachowujesz się dziwnie, na początku o tym nie myślałam, ale teraz wszystko zaczyna składać mi się w całość! - z oczu dziewczyny ciskały gromy. - Boję się ciebie...
Schowała twarz w dłoniach. A Malfoy zaczął gorączkowo myśleć, jak wyjść z tak niekomfortowej sytuacji. Na początku myślał, że wszystko będzie łatwe. Porwie Granger i będzie z nią mieszkał. Pominął jeden istotny fakt. On jest człowiekiem. Istotą zdolną do uczucia i posiadającą wyrzuty sumienia. Choć sam się do tego nie przyznawał, wcale nie chciał, żeby dziewczyna na nowo go znienawidziła. Pragnął z nią normalnego kontaktu. Miał dość samotności, co z tego, że to szlama? Szlama... W jego głowie to słowo przybrało postać roześmianej dziewczyny spędzającej czas na hogwardzkich błoniach. Granger ze szkoły, nie tej teraz. Nie wiedział dlaczego tak się dzieje. Może po prostu słowo ,,szlama" nie miało dla niego już żadnego znaczenia? Sam nie wiedział. Postanowił natychmiast teleportować się do dworku Black'ów na lazurowym wybrzeżu. To jedyna posiadłość, której mu nie odebrano i do której miał wstęp. Miał tam wstęp każdy, w którego żyłach płynęła krew tego rodu i każdy, kto był proszonym gościem w tym miejscu. Otrząsnął się i odwrócił plecami do dziewczyny. Uspokoił oddech. Powie jej prawdę. Tak, to najlepsze wyjście, ale jeszcze nie teraz...
- Chodź, Granger. - powiedział udawanie pogodnym tonem. - Mamy jeszcze dużo do zobaczenia.
Hermiona przez chwilę się wahała, ale przytaknęła. Postanowiła robić dobrą minę do złej gry. Udali się do kremowego budynku cukierni. Wystrój wnętrza zaparł jej dech w piersiach. Było tu pięknie. Ściany były w kolorze jasnego różu, a wszystkie meble czarne. Przy każdym stoliku znajdywała się karta z ruchomymi zdjęciami najróżniejszych deserów. Posadzka również była czarna, ale podobnie jak w sklepie z żartami sprawiała wrażenie bezkresnej otchłani. Jadnak najbardziej imponująca była wystawa z deserami. Była to olbrzymia szyba za którą stały słodkości. Były kolorowe, ciemne, jasne, neonowe i wiele innych. Wyglądało to jak sklep z zabawkami. Wokół słodyczy było mnóstwo animacji, a figurki na tortach poruszały się w rytm spokojnej  muzyki grającej w pomieszczeniu. Kobieta przykleiła się do szyby jak małe dziecko. Na twarz Dracona wpełzła niechciana czułość. Szybko się zreflektował i mruknął:
- Chcesz coś zamówić?
Hermiona spojrzała na niego jakby spełnił jej największe marzenie. Pokiwała głową gorliwie na znak, że bardzo chce czegoś tu skosztować. 
- Wybieraj. - ponaglił ją. 
Hermiona nie musiała długo się zastanawiać. Do gustu od razu przypadł jej malinowy tort w polewie czekoladowej. Na słodkim deserze tańczyła para zakochanych, a nad samym ciastem unosiła się lekko różowa mgiełka. Pod nim znajdywała się ozdobna karteczka z napisem ,,Malinowa Ambrozja".
Draco pokiwał głową z uznaniem. Granger na jego gust miała dobre oko. Sam, za tych lepszych czasów, bywał tu z matką i zamawiał dokładnie to samo. Spojrzał na cenę za jedną porcję. Suma była diabelsko wysoka jak na kawałek ciasta,a po wymianie części pieniędzy na funty, budżet na ulicę Pokątną znacznie zmalał. Poświęci się. Ten jeden raz w słusznej sprawie. Podszedł do stolika i starając się zachować pozory, odsunął krzesło przed Hermioną. Po kilku chwilach zjawił się młody kelner we włosach gładko zaczesanych do tyłu.
- Witam państwa. - odchrząknął. - Czy państwa zamówienie jest gotowe?
- Tak. - odpowiedział Draco. - Porcja malinowej ambrozji oraz kawa z mlekiem.
- Chciałaby pani coś domówić? - zapytał młodzieniec i uśmiechnął się zalotnie do Czarnowłosej. Malfoy od razu wyczuł nutkę uwodzicielstwa w głosie kelnera i szybko przysunął się do dziewczyny i szepnął je do ucha:
- To nie czas na romanse, Granger.
Dla przeciętnego obserwatora szept Dracona wydawał się komplementami w stronę Hermiony, tak więc pracownik czując się nieco głupio podziękował ,,parze". Kiedy odchodził, usłyszał jeszcze jak Draco w udawanym kaszlu wysapał:
- Przylizaniec.
Zmroził go wzrokiem i dumnie odszedł do lady. Hermiona, jak na ,,członka rodu" Black'ów przystało, posłała mu karcące spojrzenie.
- Co to miało być? - warknęła.
- Przystawiał się do ciebie.
- No i co z tego?
- Jestem w pracy, nie mogę sobie pozwolić, abyś flirtowała z pierwszym lepszym. - dziewczyna patrzyła na niego powątpiewająco. - To mogłoby zaburzyć twój obraz rzeczywistości, a w rezultacie o przypomnieniu - mogłabyś zapomnieć. - to uciszyło Hermionę i ostatecznie skończyło ten temat. Przez resztę oczekiwania nikt się nie odzywał. Jedno i drugie co chwila posyłało sobie ukradkowe spojrzenia. Mimo wszystko, Malfoy musiał przyznać, że wolał oryginalną urodę Granger. Przyzwyczaił się do niej, a poza tym zgrabny nos czarnowłosej nie wyglądał tak uroczo przy marszczeniu. Nie rozumiał kompleksów dziewczyny. Może nie była idealna, ale pogardzili by nią tylko mężczyźni z czystokrwistych rodów, którzy mieli delikatnie mówiąc mieszane uczucia do zaślubiania czarodziejek mugolskiego pochodzenia. Z urody dziewczyny biło ciepło i serdeczność, lecz z urody czarnowłosej piękności jaką się stała - wyrachowanie i zimna elegancja. W końcu kroki obrażonego kelnera oznajmiły im, że ich zamówienie jest już w drodze. Z obojętnym wyrazem twarzy podał im deser i sztucznym głosem życzył miłego dnia.
- ,,Miłego dnia". - prychnął blondyn. - Też mi coś. Zaskarżę to miejsce.
- Bez przesady, on po prostu dał ci do zrozumienia,  że nie ma ochoty cię wiedzieć.
- Zrobił to wyjątkowo nieelegancko .
Dziewczyna uśmiechnęła się łagodnie, a Draco zaczął sączyć swoją kawę. Co jakiś czas patrzył zazdrośnie na Hermionę, która beztrosko nabijała na widelec kolejne kawałki tortu. Chyba pierwszy raz w życiu doskwierał mu brak pieniędzy. Nagle dziewczyna wstała i udała się do lady. Tam z uroczym uśmiechem zwróciła się do kelnera i już po chwili wracała z dodatkowym widelcem. Przystawiła swój talerz z ,,Malinową Ambrozją" pod nos Dracona.
- Co robisz? - spytał zaskoczony.
- Przecież widzę jak patrzysz na mój deser. - mruknęła obojętnie.
- Ja wcale nie...
- Oj, chcesz. - uciszyła go Hermiona. - Myślę, że nawet bardzo. Brak pieniędzy nie jest rzeczą, której należy się wstydzić.
- Skąd ty wiesz, że...
- Kobieca intuicja. - po raz kolejny wpadła mu w słowo. - Jedz.
Draco popatrzył na nią lekko, o ile to możliwe, speszony. Wiedziała, że nie miał pieniędzy. To nie plotki, Granger naprawdę była inteligentna. Bez słowa wsadził do buzi pierwszy gryz. Rozkosz rozeszła się po jego ciele. Brakowało mu tego smaku.

***

- Tak, Finn. - powtórzył Harry. - Ja i Ron sprawdzimy Pokątną i wypytamy o nich gobliny. Ty wyślij sowę do państwa Weasley'ów o ponownym zaginięciu Miony. - westchnął. - Biedna Ginny... Lepiej by było gdyby w ogóle nie zobaczyła Hermiony w ministerstwie. Miała już nadzieję, że odzyska przyjaciółkę i będzie jak dawniej. 
Asystent Pottera notował starannie każde słowo, a po skończonej przemowie Harre'go udał się wysłać wcześniej wspomniany list. Wybraniec został sam. Zaczął się zastanawiać po co Ginny była w ministerstwie. Ona przecież postanowiła skończyć szkołę. Otrząsnął się. Szybko pozbierał papiery i podszedł do lustra, aby wygładzić swoją chaotyczną fryzurę. Hermiona już dawno wygłosiła by mu przemowę na temat jego uczesania. Uśmiechnął się pod nosem. Znajdzie Hermionę choćby nie wie co. Wiara w to dała mu nadzieję na lepsze jutro. 

***

Kiedy wyszli z cukierni, pochodzili jeszcze godzinę po Pokątnej. Po tym czasie, Draco odnalazł dziewczynę wśród sklepów i oznajmił, że na nich czas. Było to trafne stwierdzenie, bo ich kamuflaż również był już na wyczerpaniu. Trzymał się nawet dłużej, niż powinien. Dziewczyna smętnie wyszła ze sklepu, w którym aktualnie byli. Spojrzała ponuro na Malfoy'a. 
- Musimy już iść?
- Zdecydowanie. Jeśli nie wrócisz na czas więcej nie wyjdziemy. - skłamał. - Chyba było przyjemnie, prawda?
Dziewczyna zgodnie pokiwała głową. Było naprawdę ciekawie. Przypomniała sobie też kilka nazw. Co jakiś czas mijała ludzi, którzy wydawali jej się znajomi i uśmiechała się promiennie. Z racji tego, że nikt jej nie poznawał wyglądała jak wariatka. Milczenie Hermiony wzbudziło podejrzenia Dracona, więc zapytał:
- Co takiego sobie przypomniałaś?
- Czym tak właściwie jest Hogwart? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- To szkoła. - odparł lakonicznie, wędrując wzrokiem w miejsce, któremu przypatrywała się dziewczyna. Patrzyła się na sklep Madame Malkin. Widniało tam wielkie hasło reklamowe zachęcające do kupna hogwardzkich szat.
- Uczęszczałam tam? 
- Yhm... - zastanowił się. - Ta dziewczyna z księgarni była twoją koleżanką.
- Naprawdę? - była podekscytowana i zachowywała się jak dziecko. - Wiedziałam, że skądś ją kojarzę. Swoją drogą, w sklepie widziałam też dwóch bardzo znajomych mężczyzn. Od razu poczułam wtedy coś na kształt ciepła. Przez ten kamuflaż mnie nie poznali, ale jestem pewna...
- Jak wyglądali? - zapytał zaaferowany.
- Hmm.. Jeden był rudy i wysoki... - starała sobie przypomnieć najistotniejsze cechy wyglądu obu panów. - A drugi raczej niski, w okularach i ...
- Miał bliznę na czole? - Draco złapał ją za ramiona w momencie, gdy kamuflaż przestał i po ich ciałach rozlało się przyjemne ciepło. Stali się sobą. Kasztanowe włosy dziewczyny rozwiał delikatny wiatr, a szok wymalował się na jej drobnej twarzyczce. 
- Chyba tak, ale ty... - przed nią stał wysoki blondyn o stalowych oczach. - Ty nie jesteś Izaak... 
Chłopak pokręcił głową w geście roztargnienia . ,,Niech to wszystko szlag trafi. Granger zaczęła się wyrywać, Potter jest w zasięgu stu metrów, a do tego straciłem kamuflaż", myślał nad wyjściem z tej beznadziejnej sytuacji.
- Posłuchaj, ja ci wszystko wytłumaczę. - powiedział niemal błagalnie Draco. - Ale nie rób zamieszania.
- Wrócimy do kliniki? - dopytywała się. - Prawda? Normalnie do kliniki?
- Tak, wrócimy. - małe kłamstwo mężczyzny. - Prosto do kliniki.
- Kłamiesz! - spanikowała przyciągając w swoją stronę ciekawskie spojrzenia. - Inaczej nie potrzebowałbyś kamuflażu! - Teraz patrzyli już na nią wszyscy. Wskazywano ich palcami i szeptano. Co jakiś czas w tłumie ktoś głośniej wypowiedział ich nazwiska.
- Posłuchaj, Granger. - jego ton zrobił się zimny. - Zrobiłaś zamieszanie, więc teraz gramy na moich zasadach. - Odezwała się w nim ślizgońska natura. Dziewczyna zaczęła drżeć. Przez tłum przecisnęło się dwóch młodych mężczyzn. Harry i Ron patrzyli się z mieszaniną uczuć w stronę swojej przyjaciółki.
- Hermiona! - wykrzyknął tylko Harry, zanim dziewczyna zniknęła wraz z trzaskiem teleportacji. W jego oczach zalśniły łzy bezsilności. Porzucił zamiar uniewinnienia Malfoy'a. 






czwartek, 10 marca 2016

Rozdział III

                     
Pokój Granger był znacznie bardziej przestronny od jego pokoju. Ściany nie były tu białe, tylko cynamonowo brązowe, a łóżko duże i miękkie. Na końcu pokoju, światło dawały dwa okna z zaczarowanym widokiem na Londyn. W rogu stała maleńka kuchnia, składająca się z kilku blatów, lodówki oraz kuchenki. W pokoju znajdywały się jeszcze mahoniowe drzwi, prowadzące zapewne do równie gustownej łazienki. Ogółem całe pomieszczenie przypominało nieduże, choć i tak pięć razy większe od izolatki Malfoya, mieszkanie. ,,Luksus", pomyślał Draco z niemałą zazdrością. Nie pamiętał kiedy ostatnio znajdywał się w tak eleganckim miejscu, bo pokój Hermiony niewątpliwie taki był. Sama właścicielka lokum siedziała przy biurku z ciemnego drewna i wertowała jakąś grubą księgę wyraźnie zafascynowana.
- Ekhm. - odkaszlnął Dracon, aby zwrócić na siebie uwagę. 
- Izaak? - zapytała speszona dziewczyna, podnosząc książkę, którą parę sekund wcześniej zrzuciła przestraszona. ,,Auror" skinął niemrawo głową i podszedł bliżej. Przystawił sobie krzesło, które zmaterializowało się w rogu pokoju gdy wszedł. - Napijesz się czegoś? Mogę zaproponować ci gorącą czekoladę, jeśli oczywiście preferujesz czekoladę. Ja osobiścię wolę kakao, ale rano częściej pijam czekoladę, bo kawy nie lubię, a kakao tak nie pobudza... - przerwała, bo zobaczyła znudzenie w oczach gościa. Zarumieniła się uroczo. - Przepraszam...
Draco popatrzył na nią z zainteresowaniem. Ona nigdy go nie przeprosiła. To prawda, że teraz nic nie pamiętała, a on miał inne ciało, ale i tak było to dla niego dziwne. Pomyślał też sobie, że Granger zmieniła się z wyglądu. Nie stała się co prawda pięknością, ale nabrała subtelnych kształtów. Miała bardzo dziewczęcą urodę i gładką cerę, mimo braku makijażu. Musiał jednak pamiętać, że zanik pamięci nie zawsze oznacza zmianę charakteru. Granger na pewno pozostała tą wrędną kujonką, która zawsze wszystkich poprawia. A niech to! Jeśli jego przemyślenia były prawdą to porwanie Granger będzie trudne nie tylko dla niej. Do tego, Hermiona pozostawała szlamą. Nie miało to już dla niego wielkiego znaczenia, ale pewna awersja została. Nieczystą krwią przestał się przejmować, kiedy w klinice zaczęła odwiedzać go mugolaczka, Iris. Kobieta była doświadczoną magomedyczką w średnim wieku. Na początku, Draco, zwracał się do niej z wielką pogardą, ale z czasem niechęć zniknęła. Iris była jedyną osobą, która potrafiła trafnie określić jego uczucia. Była ciepła i przypominała mu matkę, którą stracił. Z czasem wizyty Iris ustały. Malfoy dałby sobie rękę uciąć, że to sprawka Izaaka. Znowu stracił kogoś, na kim mu zależało.
- Czekoladę - mruknął, przerywając krępującą ciszę. Dziewczyna przez chwilę patrzyła na niego wzrokiem mówiącym ,,Ty w ogóle mnie słuchałeś?", po czym wstała i skierowała się do ekspresu, żeby przyrządzić napój. Po minucie wróciła na swoje miejsce, podając ,,Izaakowi" parującą filiżankę. Draco przez chwile nie pił, napawając się pięknym zapachem czekolady. Dawno nie pił nic oprócz wody i gorzkiej herbaty wątpliwej jakości. Minuty mijały i nikt się nie odzywał. Malfoy sączył powoli czekoladę, a Hermiona przyglądała mu się z zaciekawieniem.
- Porozmawiasz ze mną? - zapytała w końcu.
Draco otrzeźwiał i spojrzał na zegar powieszony w pokoju. Był już przemieniony ponad piętnaście minut, ale nie mógł tak po prostu jej porwać. Najpierw musiał zdobyć jej zaufanie na tyle, aby sama wyszła z nim na zewnątrz. Bał się teleportować z cudzą różdżką, więc nie pozostało mu nic innego jak odnaleźć punkt aportacji w klinice.
- Porozmawiam - odpowiedział lakonicznie i wyjął różdżkę - Wiesz co to jest?
- Wiem, ale nie wiem jak tego używać.
Mężczyzna wycelował różdżką w pół pełne naczynie z brązowym napojem i wyszeptał zaklęcie. Po chwili na stole znajdywały się dwa kubki zapełnione czekoladą tylko w połowie. Dziewczyna wpatrywała się w przedmioty zafascynowana.
- Zostaną tak na zawsze?
- A nie chcesz wypić? - zapytał ,,auror" sarkastycznie.
- Nie chodzi mi o to - przewróciła oczami - jeśli przez jakiś czas nie będę piła z wyczarowanego naczynia... Nie zniknie ono?
- To już zależy od czarodzieja i różdżki - wytłumaczył i przy okazji dla usprawiedliwienia, dodał - ten kubek może zniknąć, bo to nie moja różdżka. Ta prawdziwa zaginęła już dawno. - Było to oczywistym kłamstwem. Różdżkę Dracona przechowywano w ministerstwie, gdzie na jej podstawie, swojego czasu prowadzono śledztwo.
- Mam swoją - powiedziała cicho - chyba kiedyś już niej korzystałam, bo za każdym razem, gdy jej dotykam nachodzą mnie wspomnienia...
- Różdżki mają pamięć - uciął Draco - tak jak my - spojrzał na dziewczynę. To co powiedział, było co najmniej nieodpowiednie. Hermionie zaszkliły się oczy. - Przepraszam.
- Przeprosiny przyjęte - mruknęła, wyjmując podłużne pudełko z szuflady biurka. - To ona.
To była niewątpliwie różdżka Granger. W szkole wiele razy miał okazję przyjrzeć jej się z bliska,
kiedy dziewczyna w niego celowała lub mu groziła.
- Dziesięć i trzy czwarte cala, winorośl, włókno ze smoczego serca. - mruczał pod nosem.
- Skąd wiesz? - zapytała zdezorientowana.
- Element szkolenia - skłamał gładko. - A poza tym... Miałem podobną.
Dziewczyna pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Już coś czarowałaś? - spytał były ślizgon.
- Nie, jeszcze nie wiem jak... - speszyła się lekko - Pokażesz mi?
- Poczekaj - przetransmutował łyżeczkę w pióro - Wingardium Leviosa.
Pióro uniosło się na kilka cali w powietrze, a potem opadło. Draco westchnął.
- Nie do końca tak to miało wyglądać - rzekł przepraszająco. - Muszę kupić nową różdżkę. Teraz ty spróbuj, może tobie wyjdzie, masz swoją. - sam zdziwił się, że zwraca się do mugolaczki z taką delikatnością.
- Powtórzysz to zaklęcie?
- Wingardium Leviosa.
- Wingardium LeviosA - spróbowała, ale nic się nie stało.
- Musisz się skupić i akcent jest na O, nie A - poprawił ją ,,Izaak". - pójdzie ci szybko, kiedyś takie zaklęcia były twoją codziennością.
- Wingardium LeviOsa - mruknęła, a piórko delikatnie się poruszyło. Coś zaczęło jej świtać. - Możesz powtórzyć ostatnie zdanie? To z akcentem.
- Mówiłem, że mówi się LeviOsa, nie LeviosA.
- Właśnie! To moje słowa. - wykrzyknęła radośnie Hermiona. Draco wytrzeszczył oczy. - Kiedyś tak kogoś poprawiłam.
Malfoy posłał jej uśmiech, a ona go odwzajemniła. Rozmyślając, obserwował jej zmagania z piórem. Póki Granger nie wie, kim on jest, dobrze mu się z nią rozmawia. W zasadzie brakowało mu normalnej rozmowy z kimkolwiek, a teraz kiedy wreszcie ma wreszcie rozmówcę, stara się być miły i nie popełnić żadnej gafy. On przecież nawet przeprosił. Na Salazara, miał za mało kontaktu z ludźmi ostatnimi czasy.
W końcu Hermiona opanowała zaklęcie i zaczęła lewitować po pokoju najróżniejsze przedmioty. Jej towarzysz poczuł coś na kształt dumy, że udało mu się nauczyć dziewczynę zaklęcia. Jednak zaraz potem uświadomił sobie, że ma naprawdę mało czasu. Przybrał na twarz obojętność i zapytał:
- Wypuszczają cię stąd?
- Nie, niestety, ale nie mogę stąd wychodzić.
- No naprawdę, Hermiono, nie chcesz zobaczyć czegoś więcej? - udał, że jest zawiedziony. - Na pewno coś sobie przypomnisz...
- To nie ma sensu, przecież i tak stąd nie wyjdziemy.
Draco wycelował różdżką w Hermionę.
- Co ty robisz? - zapytała przestraszona.
- Nic złego - odparł, po czym wypowiedział zaklęcie. - Spójrz w lustro.
Dziewczyna wstała i podeszła wspomnianego wcześniej przedmiotu. Pierwszym, co zauważyła, było jej łóżko. Było na miejscu, gdzie powinna teraz stać ona. Dotknęła swojej twarzy, tułowia i nóg. Wszystko było na swoim miejscu, a jak siebie nie widziała, tak wciąż nie mogła zobaczyć. W pierwszej chwili była przerażona, ale zaraz potem uświadomiła sobie, że przecież to zaklęcie nie utrzyma się na zawsze.
- Przez ilę czasu? - zapytała bez ogródek.
- Sama zadecyduj - ,,auror" uśmiechnął się łobuzersko i włożył rękę do kieszeni, gdzie wcześniej odkrył sakiewkę pełną galeonów, sykli i knutów. - To idziemy?
Dziewczyna tylko pokiwała głową.
Kiedy wyszli z pokoju, wszystkim, którzy przyszli odwiedzić Hermionę, wydawało się, że skoro ,,auror" wyszedł to Hermionę można już odwiedzać. Tłum natychmiast zaczął przepychać się do drzwi. Zamieszanie przerwała jedna z magomedyczek, która oznajmiła, że dziewczyna musi mieć spokój i nikogo nie można tam wpuszczać. 
Szkoda tylko, że Hermiony nie było już w pokoju...

***

- Cholera! - wrzasnął George i kopnął w białe łóżko. Jak to się stało, że Malfoy się wydostał. Izaak to najlepiej wykwalifikowany auror ze wszystkich, jak mógł do tego dopuścić? Powinni byli założyć na pokój zaklęcia, bariery, cokolwiek! Wtedy nic by się nie stało. A teraz szaleniec, zabójca i porywacz jest na wolności. Nigdy nie chciał, aby Malfoy poszedł do Azkabanu, ale nie widział dla niego normalnej przyszłości. Jemu potrzebne było leczenie i życzliwi ludzie dookoła, inaczej nigdy się nie zmieni. A teraz jeszcze Granger się znalazła... To wspaniała nowina, najlepsza, ale teraz zgodnie z prawem dla Dracona istnieje tylko jedno właściwe miejsce - Azkaban. Rudzielec zaczął się zastanawiać, gdzie może być zbieg. Jeśli udało mu się wykiwać najlepszego aurora, to ponowne ukrycie się nie stanowiło da niego problemu. Nie miałoby to jednak żadnego sensu. Jedno zaklęcie z różdżki Izaaka i już wszyscy by go namierzyli, jak miał zamiar przeżyć? Coś zaświtało bliźniakowi. Jeśli Malfoy ma chociaż trochę oleju w głowie, to pierwsze, co na pewno zrobi to porwanie Granger. To ona jest ważną częścią w tej skomplikowanej układance. - Właśnie, Granger... Cholera!

***

- Dobra, Granger - dawał instrukcje Draco. - Musisz być cicho i niczego nie dotykaj. Staraj się nie obijać o przechodniów, bo jesteś niewidzialna i mogłoby wzbudzić to podejrzenia. Nie zdejmę z ciebie zaklęcia, póki nie dojdziemy do sklepu z kamuflażami. Jeśli ktoś by cię rozpoznał, to ze mną koniec... - poprawił się. - W sensie wyleją mnie z pracy, a wiesz mam dobre stanowisko i w ogóle trudno jest pracę znaleźć.
Dziewczyna uważnie słuchała i Draco miał wrażenie, że zaraz zacznie robić notatki. No tak. To by było podobne do Granger. Do starej Granger. 
- Będę sobie mogła wybrać twarz? 
- Nie wiem, możliwe, że nie będziemy mieć czasu. - byli już przy wyjściu z kliniki. - Pamiętasz, co ci mówiłem? 
- Tak, jasne.
- To wychodzimy. 
Hermionę uderzyło zimne powietrze, więc szczelniej opatuliła się swoją zieloną parką. Znajdywali się na zupełnie zwykłej ulicy. Spojrzała za siebie. Nigdzie nie było wejścia do przychodni, tylko stara wystawa sklepu z odzieżą. Zapytała trochę za głośno:
- Co się stało?
- Cicho, Granger. - kiwnął lekko w stronę grupy mugoli. - Jesteś niewidzialna, zapomniałaś?
- Nie podnoś głosu. - mruknęła zawstydzona, bo przez jej lekko piskliwy głos, ludzie patrzyli się na samotnego mężczyznę, jak na ducha.
- Widzisz tę tabliczkę, Hermiono? - spytał, pokazując dość nieprzeciętny znak. - W tamtą stronę jest punkt deportacji.
- Teleportujemy się?
- Niestety.
Ruszyli w stronę wskazywaną przez tabliczkę i po chwili ich wzrok natrafił na srebrny napis ,,Deportacja". Dziewczyna rozejrzała się. Kilku niemagicznych ludzi przechodziło obok nich, ale nikt nie przyglądał się temu specyficznemu miejscu. Było to dziwne, bo napis był bardzo widoczny i prawie tak duży jak baner reklamowy. Pociągnęła Dracona za rękaw i po chwili usłyszała zniecierpliwiony głos:
- Czego znowu, Granger?
- Czy oni nas nie widzą? - pokazywała na przechodzących mugoli, ale Malfoy nie miał przecież jak tego zobaczyć.
- Jacy oni?
- No spójrz! Przechodzą sobie jakby nigdy nic. - naburmuszyła się.
- To miejsce jest dla mugoli tak samo niewidzialne, jak ty dla mnie. - mruknął i pociągnął ją w stronę punktu, wcześniej starając się ją wyczuć. Były to zwykłe kawałki trawy oznakowane z dwóch stron srebrnymi tabliczkami ,,Londyn" oraz ,,Poza Londynem". Tak naprawdę, Draco, zastanawiał się czy pokazać Granger te wszystkie wspaniałości, które jej obiecał. Ale zaraz potem pomyślał, że i tak muszą iść na Pokątną, żeby załatwić sobie kamuflaż. Tak więc wszedł w londyńskie pole teleportacji i skupił się na sklepie Borgin'a i Burkes'a. To miejsce zawsze dawało mu schronienie, poza tym teleportacja tam, pozwoli im na ciche i bezpieczne wmieszanie się w tłum na ulicy Pokątnej. Po chwili, dwoje ludzi poczuło szarpnięcie w okolicach pępka i krajobraz zupełnie się zmienił.

***

- Nie wierzę w to... - łzy bezsilności popłynęły po policzku wybrańca. - Jak to się stało? Dlaczego znowu, komu na tym zależy? Merlinie, co ja takiego zrobiłem? - podszedł do skruszonego Izaaka i przycisnął go do ściany. - Jak mogłeś? To twoja wina, słyszysz? Nienawidzę cię!
Izaak przełknął ślinę i popatrzył się w pełne furii oczy Harrego. Nagle jego mina złagodniała i puścił pechowego aurora.
- Ja przepraszam. - rzekł po namyśle. - To tylko i wyłącznie moja wina. Gdybym był dobrym przyjacielem, przyjechałbym od razu, kiedy tylko usłyszałem o jej znalezieniu. - kolejne łzy. - Jestem beznadziejny.
- Harry, nie możemy się teraz poddać. - wyszeptał Ron, który również znajdywał się w pokoju. - Nie możemy stracić jej po raz drugi. Co jeśli to nasza ostatnia szansa?
- Masz rację, nie możemy się nad sobą użalać. - Pottera coś tknęło.- Finn?
Po kilku sekundach usłyszeli czyjeś szybkie kroki.
- Ja przepraszam, że mnie nie było panie...
- Harry.
- Ja przepraszam, że mnie nie było, Harry, ale mnie zawołała jedna z...- Ron uciszył go ręką.
- Finn, notuj - powiedział Wybraniec już mniej drżącym głosem. - Staramy się w ministerstwie o wznowienie śledztwa, zabezpieczenie punktów aportacyjnych w całej Anglii oraz... Uniewinnienie Malfoya. - asystent wytrzeszczył na niego oczy, a Ron ze spokojem obserwował całą sytuację. On też wcale nie chciał posyłać Dracona do więzienia. To był młody człowiek, miał przed sobą całe życie. - Na jego usprawiedliwienie powiemy, że nie panował w pełni nad sobą i swoimi czynami... I na razie tyle. Musimy brać się do pracy, Hermiona nie chciałaby, byśmy się zamartwiali.

***

Znalazła się w ciemnym, zakurzonym pomieszczeniu. Na spruchniałych szafkach mnóstwo było dziwnych przedmiotów, a tapeta zupełnie się odrywała.
- Gdzie jesteśmy? - spytała autentycznie przerażona mrokiem panującym w pokoju.
- Nie martw się, to nie jest nasz punkt docelowy. - Draco uśmiechnął się ironicznie, ale uśmiech zaraz zszedł z jego twarzy. Poczuł ciepło, znajome ciepło, towarzyszące przy przemianie w inne ciało. Najszybciej jak potrafił, wydobył różdżkę i rzucił na siebie zaklęcie utrwalające. To powinno mu wystarczyć na następne dziesięć minut. Podszedł do stłuczonego lustra, żeby ocenić zmiany jakie mogły zajść w jego wyglądzie. Dzięki jego szybkiej interwencji praktycznie nic się nie zmieniło. Wyjątkiem był platynowy kosmyk wystający zza ucha. Trudno, powie Granger, że siwieje. Uśmiechnął się do ,,swojego" odbicia i stwierdził, że Izaak jest całkiem przystojnym facetem, i że taka na przykład Granger mogłaby się w nim zakochać. Odrzucił zbędne myśli i po chwili obserwował, jak Hermiona otrzepuje się z kurzu. Kłębki unosiły się w całym pomieszczeniu, co wywołało u dziewczyny dwa potężne kichnięcia. Teleportacja musiała zdjąć z niej zaklęcie kameleona. Dla Dracona - był to przekomiczny widok.
- No i co się śmiejesz? - warknęła. - Pomógłbyś damie, taki z ciebie dżentelmen? - na te słowa, mężczyzna spoważniał, podszedł do dziewczyny i zaoferował swoją dłoń. 
- Trafiłam w czuły punkt? - zapytała lekko rozbawiona. Miała rację, trafiła. Malfoy był arystokratą, a co za tym idzie, powinny cechować go nienaganne maniery. Wcześniej nigdy nie pomógł by Granger, ale teraz sytuacja się zmieniła. Teraz Hermiona była dla niego jak każda inna kobieta.
- Tak, udało ci się. - mruknął z niechęcią i wyprowadził dziewczynę ze sklepu. 
Ulica była równie ponura, co poprzednie miejsce, gdzie się znajdywała. Kamienice były obskurne i brudne, czuło się tu niezidentyfikowany odór, a na samej ulicy kręciło się mnóstwo dziwacznie wyglądających ludzi. 
- Im szybciej wejdziemy na główną ulicę, tym lepiej. - powiedział pewnie Dracon i pociągnął Hermionę za sobą. Przejście zastąpiła im grupa czarownic. 
- A wy gdzie się wybieracie? - zaskrzeczała jedna z nich. Hermiona obrzuciła ją niechętnym spojrzeniem.
- Nie wasza sprawa. - warknął rozeźlony ,,auror". 
- Nie przejmuj się, kochasiu - jedna z wiedźm zalotnie zatrzepotała rzęsami. - Twojej kobiecie nic się nie stanie, a my cię potrzebujemy...
- Nie jestem jego kobietą - poprawiła Granger, wiedźmę,
- Tym lepiej, kochaniutka - odpowiedziała inna czarownica i oplotła kosmyk włosów Hermiony wokół palca. - Ty też jesteś niczego sobie, te włosy można by sprzedać za całkiem niezłą sumkę. - Dziewczyna wyrwała włosy z ręki kobiety i posłała jej lodowate spojrzenie. 
- Dość tego - warknął Draco i przepchnął się między kobietami po raz kolejny ciągnąc za sobą Hermionę. To był ułamek sekundy, świst zaklęcia i wrzask:
- Schyl się!
Momentalnie się odwrócił i ujrzał źródło zaklęcia. Jedna z poprzednio spotkanych, celowała w nich różdżką. 
- Nie radzę... - powiedział Malfoy obojętnym tonem, miał już inną taktykę. - Wiesz, kto to jest? - Wskazał palcem towarzyszkę i spojrzał znacząco na wiedźmę. Ta na początku nie pojmowała o co chodzi mężczyźnie, ale zaraz potem spojrzała na obdarty plakat, wiszący na jednej ze ścian budynków. Uśmiechnęła się ironicznie.
- A myślisz, że mnie to, kochasiu, w ogóle obchodzi?
- Może i nie, ale ona ma na sobie namiar, jedno zaklęcie w jej stronę, a po kilku sekundach zjawi się tu sporo ludzi. - Był doskonałym aktorem, dziewczyna nie wiedziała nawet, czym jest namiar. Czarownica widocznie się przestraszyła, bo opuściła różdżkę.
- Tylko ten jeden raz. - mruknęła i odeszła za koleżankami. Draco prychnął pod nosem.
- Nie przejmuj się, pełno tu takich. Większość z nich nie skończyła nawet szkoły. - na te słowa, Hermiona, pokiwała głową lekko zlękniona. Szli jeszcze chwilę, zanim zza rogu wyłoniła się kolorowa i tętniąca życiem ulica. Dziewczynie to miejsce coś przypominało, ale i tak była zachwycona. W powietrzu unosił się zapach czekolady i mięty, domy nie były już ciemne i brudne, ale kolorowe i gustowne. Hermiona stała z lekko rozdziawioną buzią, co było dla Dracona krótko mówiąc - śmieszne. Delikatnie podstawił dłoń do podbródka towarzyszki i zamknął jej usta.
- Jeszcze się napatrzysz. - uśmiechnął się pocieszająco i zdjął pelerynę. - Obiecuję, ale załóż to, bo za kilka sekund wszyscy będą wiedzieli gdzie jesteśmy.
Granger posłusznie nakryła się peleryną i ruszyła za Draconem. Wszedł on do kolorowego sklepu z mnóstwem dziwnych rzeczy na wystawie. Były tam łajnbomby, mydełka z żabiego skrzeku, cukrowe pióra, charczące glizdy i wiele innych nieznanych Hermionie przedmiotów. Weszła do środka. Było tam niesamowicie. Cały sklep wyglądał jak jedna wielka iluzja optyczna we wszystkich kolorach tęczy. Ściany były nierówne i w kolorowe kwadraty, sufit zdawał się kilka razy mniejszy od ścian i był w paski, a podłoga dawała wrażenie wielkiej czarnej, wchłaniającej wszystko dookoła przepaści. Półki sklepowe były równie dziwne i znajdywało się na nich jeszcze więcej przedmiotów, niż na wystawie. W nietypowym pomieszczeniu były jeszcze schody, które na pierwszy rzut oka wyglądały jak zjeżdżalnia. W sklepie panował istny harmider. Draco na chwilę zniknął Hermionie z oczu, ale zaraz potem zauważyła go w odległej części sklepu, pokazującego jej, żeby podeszła. Nie zrobiła pięciu kroków, a już przy nim była. Jej mina była wtedy bezcenna, przecież wcześniej wydawało jej się, że młody mężczyzna stoi dwadzieścia metrów dalej. To miejsce było naprawdę dziwne.
- Spójrz, tu są fiolki z kamuflażami, a tam... - wskazał ręką na księgę, stojącą nieopodal. - Możesz sobie skomponować własną twarz, ale szybko, nie mamy zbyt wiele czasu.
Hermiona bez słowa podeszła do tomu, który jak się okazało, wcale nie był taki wielki. Ponadto obrazki się w nim ruszały i były dotykowe. ,,Zupełnie jak smartfon", pomyślała dziewczyna mimochodem i zaczęła wybierać sobie włosy. Kiedy skończyła metamorfozę, podała Malfoy'owi fiolkę, która pojawiła się, gdy zatwierdziła swój wygląd. Ale kiedy przeniosła na niego wzrok, odjęło jej mowę. Przed nią stał przystojny i wysoki blondyn z zielonymi oczami.
- No i co się gapisz, Granger? - zapytał pretensjonalnie.
- Nieźle wyglądasz. - powiedziała szczerze.
- Dzięki. - rzucił i skierował się do kasy. Sprzedawczynią była młoda, piękna kobieta, o niebieskich oczach i brązowych włosach. Uśmiechnęła się zalotnie do blondyna, ale mina jej zrzedła, kiedy ujrzała fiolki i zrozumiała, że chłopak naprawdę tak nie wygląda. Za zakupy zapłacili trzy galeony i otrzymali informację, że płyny tego typu trzymają się nie dłużej, niż godzinę. Już mieli wychodzić, kiedy Draco zauważył, że Granger nie wypiła jeszcze swojego eliksiru.
- Pij, nie mamy całego dnia! - ponaglił ją trochę zbyt gwałtownie.
- Czy mi się zdaję, czy to był twój pomysł, żebyśmy tu przyszli! - warknęła i wzięła łyk napoju. Był okropny, ale przełknęła. Przez chwilę nic się nie działo, ale zaraz potem poczuła dziwne ciepło. Jej twarz i ciało się zmieniło. Była teraz o kilka centymetrów wyższa, miała dłuższe nogi, duże niebieskie oczy i gęste czarne włosy do pasa. Taka uroda była dość niespotykana, ale egzotycznie piękna. Dracon pokiwał głową z uznaniem.
- No, Granger... - zaśmiał się. - Nie poskąpiłaś sobie.
W przeciwieństwie do Hermiony, która widocznie miała lekkie kompleksy, Draco stworzył sobie twarz identyczną jak swoja własna. Zmienił w sobie tylko dwie, chyba najbardziej charakterystyczne rzeczy: Blond jego włosów był znacznie ciemniejszy, a oczy zielone.* Może taka decyzja była lekkomyślna, ale bez platynowych kosmyków i stalowo-szarych oczu naprawdę nie wyglądał podobnie do siebie.
- Idziemy? - warknęła zarumieniona Hermiona. Mężczyzna podniósł ręce w geście obronnym.
- Co chcesz, gdzie chcesz, jak chcesz. - mrugnął do niej i wyszli.

***
*to dość oczywiste, ale jeśli ktoś nie pamięta, to w oryginale, Draco, miał niebieskie (lub jak kto woli-szare)  oczy :) Podkreślam jeszcze, że opisując postacie wzoruję się na filmie, bo chyba każdy słysząc imię Hermiony, wyobraża sobie Emme Watson, prawda?

Nie zniechęcajcie się widząc błędy!

Cześć i czołem! 
Jeśli tu trafiłeś/aś, jestem Ci wdzięczna za przeczytanie rozdziału.
Proszę o zostawianie komentarzy, to przykre, kiedy wyświetlenia rosną, a komentarzy,
jak nie było, tak nie ma :(.  
Cały czas szukam bety!






czwartek, 3 marca 2016

Rozdział II

Hermiona stanęła jak spetryfikowana. Po długim, pięknym korytarzu sunęły tysiące urzędników, a gdzieniegdzie można było dojrzeć jakieś nieznane jej dotąd istoty. Stała z rozdziawioną buzią nie wiedząc nawet, jak głupio to musi wyglądać. Ernie pomachał jej ręką przed oczami.
- Może ona ma gorączkę? - zapytał wyraźnie zaniepokojony przyjaciela.
- Nie przesadzaj - odparł Justin obojętnym tonem - przypomnij sobie swoją reakcję jak byłeś tu po raz pierwszy.
- To znaczy.. - zreflektował się Justin - ona nie jest tu po raz pierwszy. tylko wiesz... Ten szok...
Ruszyli wielkim korytarzem w stronę majestatycznej fontanny. Pierwszym co zwróciło uwagę Hermiony, był posąg stworka wpatrującego się z uwielbieniem w oblicze kamiennego człowieka.
- Co to istoty? - zaczepiła Justina
- To skrzaty domowe- mruknął znudzonym tonem, po czym jeszcze dodał - służą w domach bogatszych czarodziejów.
- Ciemiężyciele - mruknęła pod nosem Hermiona i nagle przypomniały jej się poprzednie słowa rozmówcy - Cz..cz..czarodziejów? Nie mówiliście nic o czarodziejach.
- A jak myślisz, kto może pracować w ministerstwie magii? - burknął Ernie nieuprzejmie.
Dziewczyna nagle pomyślała, że może oni naprawdę sobie z niej żartują. Zatrzymała się i zaczęła rozpaczliwie wyglądać czegoś, co wygląda na choć trochę czarodziejskie. Usłyszała trzask płomieni i obróciła się w lewo. Zobaczyła rząd kominków, do których co jakiś czas ktoś wchodził i znikał w zielonych płomieniach. Przypomniała sobie, że oni również idą z tamtego kierunku, a nie zauważyła, że wychodzą z kominka. Musiała być bardzo rozkojarzona. Kiedy wreszcie po dokładnej obserwacji była pewna, że te płomienie są magiczne, odetchnęła z ulgą i dogoniła chłopaków, którzy niezbyt przejęli się tym, że przystanęła. Zaraz nawiedziło ją przekonanie, że jest strasznie głupia, skoro od blisko piętnastu minut mija różne magiczne stwory, a cały czas wątpi w niezwykłość tej sytuacji.
- Zauważyłaś coś ciekawego? - zapytał Justin.
,,Nie, nic ciekawego. Jestem tylko w Ministerstwie Magii, a wszystko co tu się dzieje jest zupełnie normalne" - przeszło jej przez myśl, ale się nie odezwała. Jej milczenie chłopcy odebrali jako odpowiedź przeczącą. Sunęli tak strojnym korytarzem, kiedy Hermiona nagle spostrzegła, że ludzie dziwnie jej się przypatrują. Każdy obok którego przechodziła, zatrzymywał na niej wzrok, a niektórzy nawet co jakiś czas się wracali, aby przypatrzeć jej się dokładnie. Była zdezorientowana, a na jej twarzy zagościły rumieńce zawstydzenia. W końcu jakaś drobna kobieta odważyła się krzyknąć:
- To Hermiona Granger!
Jak na komendę wszyscy popatrzyli się w stronę domniemanej Hermiony, a gwar jaki zapanował, stał się uciążliwy nie tylko dla słuchu.
- Ta Granger?
- Członkini Złotego Trio?
- Przyjaciółka Harrego Pottera?
- Ta zaginiona?
Zupełnie nikt nie zauważył, że przez tłum próbuje przecisnąć się rudowłosa kobieta, trzymająca w rękach dwie porządnie zapakowane teczki. Kiedy wreszcie ludzie umożliwili jej zobaczenie obiektu ogólnego zamieszania, jej policzki były zaróżowione od wysiłku, a ogniste włosy potargane. Hermiona utkwiła w niej wzrok z dwóch powodów. Po pierwsze, włosy młodej kobiety wyróżniały pośród fryzur innych ludzi, po drugie, ta drobna osoba sprawiła, że znów nawiedziła ją dziwna melancholia i wspomnienie rudowłosych bliźniaków.
- Hermiono... - zaczęła dziewczyna, a w jej oczach zalśniły łzy - ja myślałam... Że już nigdy... - rzuciła się zdezorientowanej szatynce w ramiona. - Powiedz coś, proszę...
Ale Hermiona nie mogła wydusić z siebie słowa. Zupełnie nic nie wiedziała na temat ,,rudej", co mogła jej powiedzieć? Niepewnie odwzajemniła uścisk, pozwalając, aby łzy dziewczyny zmoczyły jej skromną koszulę. Sielankę przerwał im Ernie odchrząkując znacząco:
- Ekhm, ekhm... - zanim zaczął się zastanawiać co powiedzieć rudej Weasley w obecnej sytuacji, Justin go wyręczył.
- Ginny? Daruj sobie. - ujrzawszy pytający wzrok najmłodszej z Weasley'ów, dodał - ona nic nie pamięta...

***

Znów wpatrywał się w idealnie białą ścianę, a nudziło mu się niemiłosiernie. Od niedawna praktykował technikę niemyślenia. Starał się wyrzucić z głowy wszystkie niepotrzebne myśli i obojętnie podchodzić do każdej rzeczy, jaka mu się przydarzy. Metoda ta jednak nie posiadała sensu, ponieważ w jego życiu od jakiegoś czasu nic się nie działo. Nawet odwiedziny przyjaciół Granger stały się rzadsze. Usłyszał szmer i spojrzał w bok. Nic tam nie był. Albo pod podłogą mieszkały myszy albo popadł w paranoję. W pokoju znów zapanowała grobowa cisza. Jako, że Draconowi do głowy znów zaczęły napływać niepotrzebne myśli, zaczął po raz setny liczyć kafelki podłogowe. Jego żmudne zajęcie przerwało skrzypnięcie drzwi. Automatycznie obrócił głowę, w drzwiach stał Izaak. Znienawidzony auror. Malfoy zamroził go wzrokiem.
- Jeśli myślisz, że dziś zepsujesz mi nastrój to się grubo mylisz - rzekł Draco siląc się na obojętny ton - właśnie liczyłem kafelki, chcesz się przyłączyć?
Auror jedynie spojrzał na niego z pogardą i uśmiechnął się kpiąco.
- Mówisz o nastroju? W takim razie dziś się dogadamy... - spojrzał znacząco na rozmówcę - mój jest wyśmienity. - Jego oczy zabłyszczały złowrogo, co Malfoyo'wi nie wróżyło nic dobrego. Postanowił jednak zachować zimną krew i ze spokojem oraz wyrafinowaniem odpowiedział:
- Naprawdę? Udało ci się wreszcie zmniejszyć mój dzienny przydział? - zakpił - muszę cię rozczarować, właśnie miałem zamiar przejść na dietę.
- To by rzeczywiście był powód do radości, ale zgaduj dalej.
- Wreszcie wysyłają mnie do Azkabanu? - zapytał więzień bez przekonania.
- Bingo! - wykrzyknął Izaak z triumfem wypisanym na twarzy. Ta informacja sprawiła mu niemałą radość. Syn Lucjusza już od dawna działał mu na mu na nerwy. A najgorsze było to, że był nie do złamania. Wszystko przez wojnę, stracił na niej matkę i od tamtej pory blondyn był obojętny na każde cierpienie, a jego riposty cały czas były cięte. Tym razem jednak nic nie odpowiedział, tylko prychnął, przekonany, że auror żartuje.
- No, no Malfoy... - zaśmiał się ciemnowłosy - chyba za słabo ukryłeś dziewczynę.. Już nie jesteś nam do niczego potrzebny... - tu przerwał i zaczął delektować się widokiem zdezorientowania na twarzy drugiego mężczyzny. Mafoy starał się zachować spokój ale jego umysł nawiedzały czarne myśli. Znów zaczynała wkradać się dusza śmierciożercy. Przez chwilę rozważał słowa Izaaka, ale już w następniej wiedział, że to jego koniec. Ale nie definitywny, może jeszcze się wyplącze? ,,Na Salazara, nie mówimy tu o uniknięciu kary na eliksirach, tylko o moim życiu" - skarcił się w duchu. Jego rozumowanie przerwał wrzask aurora.
- Słyszysz śmieciu?! Nie jesteś już potrzebny! Możesz się pakować, dołączysz do swojej rodziny śmierciusów!
- Zamknij się! - ryknął blondyn, tracąc panowanie nad sobą. Jedyną reakcją Izaaka był kolejny wybuch śmiechu. - żartujesz sobie... - syknął próbując przekonać samego siebie.
- Chciałbyś, ale nie tym razem... - po tych słowach rzucił Draconowi proroka codziennego, którego przechowywał w tylnej kieszeni spodni. Blondyn rozwinął zmiętą gazetę i zamarł.

Hermiona Granger odnaleziona!

Ponad rok temu dotarła do nas przykra wieść o nagłym zniknięciu 
Hermiony Granger (19 l.), przyjaciółki Harrego Pottera (19 l.) oraz
Ronalda Weasley'a (19.l). Okoliczności zniknięcia znane są wyłącznie obu panom (patrz 
strona 21). Wiadomość wstrząsnęła całym światem magicznym, 
a najbliżsi dziewczyny popadli w rozpacz. Sam Harry Potter na rzecz szukania
bliskiej mu Hermiony zrezygnował z ukończenia szkoły magii i czarodziejstwa w
Hogwarcie oraz zaczął szkolić się na aurora. Na szczęście Hermiona Granger 
została odnaleziona. Wczoraj widziano ją w ministerstwie w towarzystwie dwóch
nieznanych nam mężczyzn. Naoczni świadkowie wspominają, że kiedy Hermiona
spotkała swoją dawną przyjaciółkę, Ginewrę Weasley (18 l.), nie mogła sobie przypomnieć skąd ją zna. Jaka tajemnicza historia kryje się za zniknięciem tej młodej kobiety?
Będziemy informować was na bierząco.

Rita Skeeter

Na dole załączone było jeszcze zdjęcie Hermiony oraz Ginewry, która tuliła ją na środku ministerstwa. Draco miał ochotę krzyczeć, ale zamiast tego cicho zapytał:
- Czy Ron i Harry.. - zająkał się, co było do niego bardzo niepodobne i wzbudzało dziką radość w Izaaku - czy oni już widzieli Granger? - to pytanie mogło wydawać się bez sensu, jednak Malfoy'owi było bardzo pomocne. Auror zdziwiony nieco postawą więźnia, odpowiedział:
- Nie, jeszcze nie... - przyjrzał się blondynowi badawczo - Pottera nie ma w Londynie, a Weasley ma odwiedzić ją dopiero dzisiaj. Co cię to obchodzi?
Draco zmroził go wzrokiem i począł się zastanawiać. Nie wszystko było jeszcze stracone. Granger na pewno jest w jakimś szpitalu lub klinice, skoro można ją odwiedzać... Kto wie, może jest nawet tutaj? Izzak przyglądał się twarzy rozmówcy i jakby czytając w jego myślach, rzekł:
- Jest w tej klinice - roześmiał się szyderczo - nie wsadzą cię do Azkabanu, póki nie odzyska pamięci... Będą chcieli żeby sama wybrała karę dla ciebie.
Blondyn zaśmiał się w duchu. Auror był wyjątkowo głupi, skoro tak po prostu powiedział mu gdzie jest Granger. Póki nic nie pamięta jest nieszkodliwa, ale przecież w końcu sobie coś przypomni. Wtedy nie zawaha się wydać na Malfoya wyrok najgorszy z możliwych. Myśląc o tym, blondyn wzdrygnął się i przyjrzał swojej izolatce. Żadnej możliwości ucieczki, poza drzwiami, które materializowały się tylko wtedy, gdy ktoś go odwiedzał. Tylko te drzwi... Musiał szybko coś wymyślić. Wiedział, że kiedyś umrze, ale nie tak, nie w Azkabanie z wyroku Hermiony Granger.
Izaak zdezorientowany długim brakiem jakiejkolwiek reakcji na jego słowa, postanowił trochę pogrozić blondynowi. Pochylił się nad nim i zasyczał kilka niezbyt pochlebnych słów. W tym momencie do Dracona nie docierały jego przekleństwa, wpatrywał się w futerał doczepiony do paska aurora. Futerał, który niewątpliwie służył do przechowywanie różdżki. Wiedział, że to może być jego ostatnia szansa. Szybkim ruchem odpiął przedmiot od paska mężczyzny, który nieuważnie podszedł za blisko niego, tylko i wyłącznie w celu pognębienia więźnia. Zanim Izaak zdążył cokolwiek zauważyć, upadł oszołomiony zaklęciem niewerbalnym.
- Kretyn - mruknął Draco do siebie samego, jednocześnie rozkoszując się magią, która pierwszy raz od wielu miesięcy przepłynęła przez jego ciało. - To jest życie...
Jednym ruchem różdżki zamienił się z aurorem na ubrania. Cały czas nie mógł się nadziwić, że było to takie proste, gdyby wiedział wcześniej, już dawno by go tu nie było. Powoli nacisnął klamkę i wyjrzał na korytarz. No tak, to nie mogło być aż tak banalne. Po całym korytarzu krzątali się pracownicy oraz goście kliniki. Każdy na pewno go znał lub przynajmniej kojarzył jego twarz. Kilka pokoi dalej, zobaczył nawet Longbottoma i mimochodem zaczął się zastanawiać, co on tutaj robi. Kiedy zauważył, że przygląda mu się jedna z magomedyczek, szybko zatrzasnął drzwi ze świadomością, że ma coraz mniej czasu. Najważniejszym było teraz dowiedzenie się, w którym pokoju jest Granger. Szybko spojrzał na nieprzytomnego aurora i coś mu zaświtało. Nie pamiętał dokładnie tego zaklęcia, ale wiedział, ze wielokrotnie mu się przydawało. Odchrząknął i wycelował różdżką w twarz mężczyzny.
- Commutatio* - chwilę później poczuł ciepło na twarzy i podszedł do niedużego lustra. Udało się, jego twarz na jakiś czas zmieniła się w twarz Izaaka. Spojrzał na nieprzytomnego i zdał sobie sprawę, że musi się spieszyć. Kamuflaż był krótkotrwały, a różdżka nie jego. Mogła sprawić, że zaklęcie stało się jeszcze mniej skuteczne. Szybkim krokiem wyszedł na korytarz, zostawiając ,,Dracona" w małym pomieszczeniu. Niektórzy ludzie witali się z nim, a on uprzejmie im odpowiadał, bo zapewne tak właśnie robił Izzak. To było miłe uczucie być szanowanym w otoczeniu. Kiedy doszedł do recepcji i już miał zapytać, gdzie jest Hermiona, jego uwagę przykuł duży plakat z napisem ,,HERMIONA GRANGER - PIERWSZE PIĘTRO, POKÓJ NR 3, DZIAŁ URAZÓW POZAKLĘCIOWYCH". Uśmiechnął się pod nie swoim nosem, był pewny, że przed nim do Hermiony próbowało dostać się co najmniej ze sto osób. Odszukał schody i prawie w biegu dotarł pod pokój trzeci. Jak się spodziewał, ławki przy nim były zapełnione, a przed drzwiami były cztery wielkie pudła z listami od fanów Złotego Trio. Prychnął niezauważalnie. Był pewien, że skoro ci ludzie się tu tłoczą, to jego szanse na dostanie się do Granger były równe zeru. Nagle ktoś położył mu dłoń na ramieniu. Odwrócił się natychmiastowo, zaciskając palce na różdżce.
- Izaak? - zapytała śliczna kobieta - coś się stało? - ,,Izaak" odetchnął z ulgą, bo zaczepiła go jedna z magomedyczek. - miałeś przyjść do pacjentki i z nią porozmawiać, dlaczego nie wchodzisz?
Na twarzy aurora zagościł ledwie widoczny uśmiech, Izaak musiał być dobrze ustawiony, skoro to właśnie on miał przesłuchiwać Hermionę. Odchrząknął i posłał dziewczynie uśmiech.
- Już wchodzę, zagapiłem się.

***

- Finn, podaj mi kawę - mruknął zamyślony Harry Potter. Finn, bo tak nazywał się jego osobisty asystent, szybko wypełnił polecenie i usunął się w kąt. - Nie, poczekaj! Chcę z tobą porozmawiać.
Nieco zdenerwowany pracownik podszedł do Harre'go.
- Tak, proszę pana? - na te słowa Potter roześmiał się i poklepał asystenta po plecach.
- Nie mów do mnie per ,,Pan", jesteś ode mnie dziesięć lat starszy, możemy rozmawiać jak normalni koledzy z pracy. - zapewnił Harry młodego mężczyznę - chciałem zapytać się ciebie o zdanie w pewnej sprawie. 
Finn niezbyt zadowolony, że ma się zwracać do wybrańca po imieniu, rzekł:
- Tak... Harry? - ledwo przeszło mu przez gardło imię wybrańca, skrzywił się. - Chętnie ci w czymś poradzę.
- Widzisz... Jest taki mężczyzna - przerwał na chwilę, obserwując twarz rozmówcy - nazywa się Draco Malfoy... To on uprowadził moją przyjaciółkę, Hermionę.
Twarz pracownika natychmiast się zmieniła, teraz wyrażała już tylko wściekłość.
- To Szuja! - wyrwało mu się i niemal natychmiast przeprosił - Wybacz mi, ja nie mogłem się powstrzymać.
- Istotnie, niezła z niego szuja - potwierdził Harry jego słowa, jakby nie usłyszał drugiej części wypowiedzi - teraz zastanawiam się, co mam z nim zrobić...
- To chyba oczywiste. - powiedział Finn obojętnie. - Dla takich jak on jest tylko jedno słuszne miejsce...
Wybraniec zrozumiał aluzję i westchnął.
- To racja, ale to nie takie proste. - mruknął. - Jestem słaby, nie potrafię zrujnować życia nawet jednej złej osobie. 
- Pan Potter nie żartuje. - natychmiast zaprzeczył asystent. - Słaby nie jesteś, po prostu pierwszy raz taka decyzja należy praktycznie, wyłącznie do ciebie. 
- Ja mu współczuje... - szepnął Potter - myślę, że miał trudne życie. Nie zasługuje na Azkaban. 
- Tak, tak, ale ministerstwo...
- Ministerstwo może zrobić wyjątek - Harry podniósł głos - nie chodzi o to, żeby był zupełnie bezkarny, tylko ja myślę, że on się zmienił.
Było to wyjątkowo dziwne uczucie dla Harr'ego bronić Malfoy'a. Rówieśnik wyrządził mu wiele krzywd, z porwaniem Hermiony na czele. To był straszny cios, a jednak Harry mu współczuł. Nawet nie chciał zemsty, może myślał o tym, że dobry człowiek się nie mści? 
- Jak Harry Potter uważa... - powiedział cicho Finn i wycofał się z pokoju.
Wybraniec został sam, sam ze swoimi przemyśleniami.

***
*commutatio - z łaciny ,,zamiana".
                                                    Nie zniechęcajcie się widząc błędy!

Witajcie! W tym rozdziale znów nie ma zbyt wiele Dramione, ale cierpliwość
to jedyne co pozostało każdemu czytającemu.
Znów przepraszam za błędy, ale niestety cały czas nie mam bety.













czwartek, 18 lutego 2016

Rozdział I

Niebieska mgiełka, niepokój w stalowych tęczówkach i ostatnie usłyszane słowa:
-Obliviate

Wrzask kobiety rozniósł się po całym korytarzu, budząc wizytorów starego, mugolskiego hotelu. Na twarzy kilku z nich zrodził się niepokój, ale nikt nie opuścił łóżka. Po kilku minutach ciszy prawie wszyscy na nowo popadli w trans nieświadomości, zagłębiając się we własne sprawy. Spokój, niczym mgiełka, przeniknął przez ściany hotelowe, usypiając znaczną część obudzonych. To byli zwykli ludzie i nie ich sprawą była czyjaś tragedia.
W jednym z pokoi ktoś próbował uspokoić przyśpieszony oddech. To ta kobieta, która krzyknęła. Nic się nie stało, to był tylko sen. Żadna tragedia. Tylko ten sen... Znów niezrozumiały. Cały czas taki sam, cały czas dziwny. Kim on jest? Ten mężczyzna. Zawsze znajomy, ale zawsze nierozpoznany. ,,Koniec! Hermiono, przestań o tym myśleć, przestań. ", skarciła się w duchu. Wstała i podeszła do lustra. Kim jest? Żyje, ale cały czas odnosi wrażenie, jakby dopiero rok temu obudziła się ze snu. Diagnoza była prosta i krótka: amnezja. Wstrząs powypadkowy i utrata pamięci. Kiedy obudziła się w łóżku szpitalnym, nie wiedziała nawet, jak się nazywa. Lekarze powiedzieli tylko, że przywiózł ją tu pewien mężczyzna. Poza nim nikt się nie zjawił. Wiele razy zastanawiała się, czy zawsze była sama. Dlaczego nikt jej nie szukał i nie zabrał do domu? Czy nie miała rodziny? Ponad rok była w szpitalu. Wiele osób dwoiło się i troiło, aby coś sobie przypomniała. Rzeczywiście, kilka obrazów co jakiś czas latało po jej głowie, ale za każdym razem, gdy opowiadała o nich swojej lekarce, słyszała tylko ciche westchnienie i szepty, że to niemożliwe. Fakt, były to obrazy nieprawdopodobne. Zamek, pies i kobieta z tiarą na głowie. Może była aktorką? Nie, na pewno nie, już szumiałoby, że zaginęła. Może po prostu zwykłą prawniczką, a to co widziała, to coroczne przebrania halloweenowe? Nie miała zielonego pojęcia, jedyne co wiedziała, to to, że teraz nie ma się gdzie podziać. Kilka groszy od opieki społecznej nie wystarczy jej na wynajęcie mieszkania ani nawet pokoju. Usiadła z powrotem na łóżku i schowała twarz w dłoniach.
- Co ja zrobię? - wydała z siebie żałosny pomruk.

***

- Malfoy, wiesz doskonale, że nie chcemy tego przedłużać. - Spokojny głos Georga Weasley'a rozniósł się po małym pomieszczeniu. - Po prostu powiedz nam, co z nią zrobiłeś. 
Blondyn podniósł wzrok i uśmiechnął się szaleńczo, po czym spokojnie pokręcił głową. Wiedział, że takim sposobem nigdy nie opuści tego miejsca, ale na co była mu wolność? Jego opinia społeczna była tragiczna, co na zawsze go naznaczało. Był śmierciożercą. Żadnej pracy nie znajdzie, ludzie będą wytykali go palcami, a on sam nigdy nie będzie już normalnym człowiekiem. Jedynym powodem dla którego przeniesiono go z Azkabanu, było to, że zanim go złapali, miał ciekawą konfrontację ze Złotą Trójcą.

 Spotkał ich po tym, jak rozniosło się, że Czarny Pan nie żyje. Był wściekły, ale nie chciał ich zabijać. Wiedział co najmocniej ugodzi Wybrańca, a przy okazji też Weasley'a. Niezauważony, rzucił na mężczyzn zaklęcie oszałamiające, a na Granger zaklęcie zapomnienia. Dziewczyna zemdlała, a on wyczarował jej na głowie sporych rozmiarów ranę i przeniósł do mugolskiego szpitala na drugim końcu Wielkiej Brytanii, wymyślając po drodze historyjkę o nieszczęśliwym wypadku. Oddał ją tam pod opiekę lekarzy a sam zniknął licząc na to, że może nikt nie będzie go szukał. Jak bardzo się mylił. Pewnej nocy w obskurnym hotelu, obudził go trzask. Do jego pokoju teleportowali się dwaj bracia Weasley'owie, George i Ron. Zanim zdążył zareagować, zrobiło mu się ciemno przed oczami. Kiedy się obudził, nad jego łóżkiem siedzieli profesor McGonagal i Potter. Po mężczyźnie widać było, że płakał. Próbowali wyciągnąć od niego, gdzie jest Hermiona.

Służba u Voldemorta dała mu jednak nad nimi pewną przewagę - odporność na eliksir prawdy. Odkąd tu jest, codziennie odwiedzają go znane mu osoby, nie dają za wygraną, Granger jest dla nich bardzo ważna.
- Przestań się opierać! - warknął Izaak, jeden z aurorów zajmujących się jego sprawą - naprawdę nie chcesz opuścić tego miejsca? 
- Nie krzycz - przypomniał mu George, choć widać było, że sam jest bardzo zmęczony, wiele czasu poświęcał sprawie Hermiony. Miał podkrążone oczy i był bardzo blady, kilka ostatnich dni, spędził pijąc praktycznie samą kawę. Poświęcał temu tyle czasu, ponieważ miał u dziewczyny poważny dług, dług życia.
- Draco, powiedz chociaż, że jest bezpieczna, że ma co jeść i jest jej ciepło.
Syn Lucjusza popatrzył na rudego z politowaniem i wzruszył ramionami. George westchnął. Chwilę potem zza drzwi wynurzyła się poczochrana, ruda głowa.
- George, chodź - mruknął Ron - daj mu już spokój.
Brat Rona posłusznie opuścił pokój, posyłając Draconowi żałosne spojrzenie. Malfoy, skierował wzrok na swojego rówieśnika i zobaczył w jego oczach coś dziwnego. Coś czego nie widział w oczach ludzi, którzy tu przychodzili. Zobaczył w nich współczucie. Może mu się zdaje? Przypatrzył się dokładnie, to na pewno jest współczucie... Tylko jak? Jak on może mu współczuć? Przez całe życie go poniżał, nigdy nie spojrzał na niego jak na człowieka równego sobie, a on mu teraz współczuje. Poczuł się nagle wyjątkowo parszywie. On nie zasługuję na współczucie Weasley'a. Odebrał mu ukochaną osobę i dotąd myślał, że go nienawidzi. ,,Cholera'', pomyślał, ,,Kim trzeba być, żeby mi współczuć?". Przez tę krótką chwilę był skłonny zdradzić im gdzie jest Granger, ale nagle uświadomił sobie, że tak naprawdę nie ma zielonego pojęcia. Zostawił ją w tym szpitalu, ale czy cały czas tam jest? Nie. Sam odpowiedział sobie na to pytanie. Nagle się zreflektował i uświadomił sobie, że zniknięcie Granger jest mu potrzebne. Po jej znalezieniu, pierwsze o czym będą myśleć to wsadzenie go do Azkabanu. Izaak mówił coś o opuszczeniu tej klitki, ale Dracon niespecjalnie mu uwierzył. Zdecydowanie wolał to miejsce od więzienia czarodziejów. ,,Tchórz", usłyszał złośliwy głosik w głowie. Racja, jest tchórzem, ale tchórzy słusznie. Z takimi przemyśleniami zasiadł do maleńkiego stoliczka obiadowego, który przed chwilą zmaterializował się w jego pokoju.
- Ciekawe co tym razem.. - mruknął, przyglądając się posiłkowi - Veritaserum czy Verumpotum*?

***

- Ernie, to nie jest poniżej twojej godności zatrzymać się w mugolskim hotelu - nalegał jeden z dwóch czarodziejów idących po mało ruchliwej szosie - jestem strasznie zmęczony.
- Przypomnij mi... - rzekł drugi chłopak, udawając głębokie zamyślenie - czyj to był pomysł, żeby kąpać się w tym przeklętym jeziorze? Twój. Czemu tu jesteśmy? Przez ciebie. Wiesz czym będzie pierwsza rzecz, którą zrobię po powrocie? Po prostu... - tu przerwał, bo towarzysz podróży zaczął się śmiać - Idiota. 
Kiedy wesołek się uspokoił, spojrzał na przyjaciela, który był wyraźnie zdenerwowany.
- Bardzo się gniewasz? - mruknął do kolegi, robiąc minę niewiniątka. Ernest spojrzawszy na niego, nie mógł powstrzymać uśmiechu i szturchnął go po przyjacielsku łokciem w bok. Justin, bo tak miał na imię drugi z pechowców, odpowiedział na atak, również szturchając kolegę łokciem. Zaczęli się przepychać zaśmiewając się głośno. Spłoszyli ptaki z pobliskich drzew, co jeszcze bardziej ich rozśmieszyło.
- Dobra, to jak z tym hotelem? - wysapał Justin - nie mamy za bardzo wyjścia, no chyba, że chcesz spać na sianie.
Macmillan zlustrował stary budynek. Było to coś na wzór starego, zapuszczonego dworku. W niektórych oknach paliło się jeszcze światło, w jednym z nich siedziała staruszka, która wpatrywała się w nich, święcie przekonana, że to włamywacze. 
- Dobra, tylko ja... - tu na chwilę przerwał - wiesz jak to działa u mugoli? 
- No raczej. - Justin wzruszył ramionami i skierował się w stronę drzwi hotelu.
Chcąc, nie chcąc, Ernie powlókł się za nim, dokładnie oglądając każdy skrawek otoczenia. Kiedy Finch-Fletchley pchnął drzwi, usłyszeli głośne skrzypienie i ich oczom ukazał się dość staroświecki hol z recepcją na końcu. Przy ladzie siedziała kobieta w średnim wieku, która gdy tylko ich zobaczyła, zgarnęła pod ladę jakieś saszetki i kilka papierów. Wstała nerwowo, wygładziła spódnicę i sztucznie się uśmiechnęła. W tym samym czasie, starsza pani, która wcześniej wyglądała przez okno, zeszła na dół i widząc dwóch mężczyzn w środku, nie wiedziała co powiedzieć.
- Eee, dobry wieczór - zaczął Ernest - my na jedną noc, ten.. Chcielibyśmy zostać...
W czasie, gdy jego przyjaciel usiłował załatwić im nocleg, Justin postanowił sobie pożartować. Pomachał do starszej kobiety i uśmiechnął się figlarnie. Staruszka, widząc poczynania młodego mężczyzny, omdlała i upadła z łoskotem na dywan, z którego, pod wpływem ciężaru, wyleciały kłębki kurzu. Upadek zwrócił uwagę recepcjonistki, która spojrzała w stronę lewego korytarza i momentalnie podbiegła do kobiety, aby ją ocucić.
- Panowie się nie przejmują, ona tak ma - recepcjonistka uśmiechnęła się przepraszająco - no już, Morgan, obudź się.
,,Panowie" za to kierowali się już na pierwsze piętro, gdzie czekał na nich pokój numer trzy. 
-Co ty jej zrobiłeś? - szepnął oskarżycielsko Ernest, gdy wchodzili po schodach.
- Ja? Zupełnie nic... Ty mi lepiej powiedz, jak udało ci się załatwić nam sypialnię? - odparł Justin chcąc zmienić temat.
Ernie wskazał na lewą rękę, na której był wcześniej srebrny zegarek i mruknął:
- Odkupisz mi go.
Korytarz na pierwszym piętrze był równie staroświecki co hol. Przez całą długość ciągnął się czerwony dywan, ściany pokrywała tapeta w jakieś dziwne, złote znaki i co kilka metrów przywieszony był kinkiet dający oświetlenie. 
- Dobra, szukaj trójki - mruknął Justin i razem z przyjacielem zaczęli wpatrywać się w numery drzwi, które widocznie ktoś pozamieniał, ponieważ w kilku miejscach zamiast liter w kolejności, pojawiały się inne, które skutecznie myliły gości. W końcu zauważyli trójkę, która była umieszczona na miejscu jedenastki. Justin nacisnął na klamkę, drzwi ustąpiły, weszli do środka. Był to jeden z nielicznych pokoi, w których paliło się światło, zresztą nie bez powodu. W środku, na łóżku, młoda kobieta przeglądała książkę, nie zauważając przybyłych.
- Ej, myślisz, że to jakaś atrakcja? - szepnął Justin do Ernesta.
- Nie wiem - odparł tamten i skierował wzrok na kobietę - Emm, proszę pani?
Dziewczyna spojrzała się na nich i pisnęła z przerażenia.
- Co wy tu robicie? - zapytała drżącym głosem.
- Mamy pokój z numerem trzy, a tak się składa, że to ten - powiedział Macmillan wszechwiedzącym tonem. Uśmiech rozjaśnił twarz dziewczyny. Chłopcy spojrzeli po sobie, ten uśmiech coś im mówił.
- Ah... No tak - odparła wyraźnie uspokojona dziewczyna, która nie zdawała się zauważyć zarozumiałego tonu głosu chłopaka - od kilku dni ktoś podmienia numery, jeśli się nie mylę, to trójka jest teraz dziewiątką.
- A... Tak, tak... - mruknął Ernie - dzięki, chodź Justin, idziemy.
Ale Justin stał zamurowany, patrząc na twarz dziewczyny.
- Coś nie tak? - zapytała się.
Chłopak jej nie odpowiedział, tylko szturchnął odwracającego się już kolegę.
- Co? - mruknął zniecierpliwiony Ernest.
- Spójrz... Czy to nie..
- Nie, niemożliwe...Granger? - dokończył za niego przyjaciel.
- Ta z Hogwartu? - oczy Justina były jak spodki - Zaginęła zaraz po drugiej bitwie o Hogwart.
- O czym wy mówicie? - zniecierpliwiła się ,,Granger".
- Hermiono, nie poznajesz nas?
Dziewczyna mrugnęła dwa razy, co jeszcze bardziej utwierdziło chłopców w przekonaniu, że to ich koleżanka ze szkoły.
- Wiecie kim jestem?
- A ty nie? - zapytał zdziwiony Justin i popatrzył się zdezorientowany na Macmillana.
- Nie, niestety...
Ku jej zdziwieniu Ernie wybuchnął gromkim śmiechem. Rozszerzyła oczy i skierowała wzrok na drugiego mężczyznę, on również nie rozumiał reakcji kolegi.
- Jesteśmy wszyscy niedorzecznie głupi - rzekł w końcu Ernest, ocierając łzy rozbawienia - Szukamy jej po całym świecie, a ona śpi w hotelu tuż przed naszym nosem.
- To nie czas na śmiech - powiedział Justin śmiertelnie poważnie. Jego kolega, słysząc to, zdziwił się tak, że gdyby nie ściana, na pewno leżałby już na podłodze. - No co? Chyba widzisz jej reakcję. Ktoś musiał ją trafić silnym obliviate. Musi szybko porozmawiać z kimś kogo dobrze zna, bo inaczej zaklęcie może stać się nieodwracalne. 
- Obliviate, obliviate... - mruczała Hermiona pod nosem -Ja wiem, ja znam to słowo...
- A widzisz ciołku, skoro je kojarzy, to na pewno jej się śni, prawda słonko?
Zanim dziewczyna zdążyła coś powiedzieć, uprzedził ją Ernest.
- A z jakiej racji ma się jej o tym śnić?
Justin na znak dezaprobaty poklepał się palcem wskazującym w czoło.
- Coś ty robił przez całą szkołę?
- Ja po prostu miałem bujne życie towa... - żachnął się Ernie, ale obserwująca dotąd Hermiona mu przerwała.
- Stop! Przestańcie się kłócić, on ma rację, chyba mi się to śni.
- No widzisz Ernie? - uśmiechnął się Justin z wyższością - Mała, a działo się może obok ciebie ostatnio coś dziwnego?
- Nie jestem mała!
- Czyli jednak Granger - mruknął Ernest zrezygnowanym tonem. - Musisz iść z nami.
- Nie znam was, a poza tym mówicie bardzo dziwne rzeczy. - sprzeciwiła się dziewczyna.  
- Stary, ona nie pójdzie, wyślij patronusa do Pottera - mruknął Justin, po czym przypomniał sobie, że przecież obie różdżki przepadły podczas feralnej kąpieli w pobliskim jeziorze. Cholerne druzgotki! 
- Nic z tego, musimy poczekać do rana, gdzieś niedaleko powinien być punkt deportacji - stwierdził rzeczowo Ernie i wyszedł z pokoju. Zaraz za nim podążył Justin, mówiąc Hermionie, że rano wszystko jej wyjaśnią. Dziewczyna cały czas wpatrywała się w drzwi swojego pokoju. Może to żart? Może oni żartują? Ale w takim razie skąd wiedzieli jak się nazywa? Z drugiej strony obaj chłopcy wydali jej się znajomi. To nie mógł być przypadek. Kobieta opadła na miękkie poduszki w przekonaniu, że nowoprzybyli coś o niej wiedzą.
W pokoju chłopców panował istny harmider. Goście ledwo zdążyli przybyć, a pokój już zmienił się nie do poznania. Przede wszystkim, Justin i Ernest nie mieli zielonego pojęcia, jak używa się niektóre sprzęty mugoli, a do tego, ich sąsiadami byli bardzo gderliwi staruszkowie, którzy już po pierwszej minucie przyszli i oznajmili, że nie życzą sobie żadnych hałasów. Oboje zaczęli żałować, że nie zapisali się nigdy na mugoloznawstwo.
- Zepsuta! - Krzyknął Justin wychodząc z łazienki. W jego ręce spoczywała dość stara suszarka do włosów, a na ręczniku przewiązanym w biodrach, dało się zauważyć kilka małych, zwęglonych dziurek. - Włączyłem w łazience i wtedy nagle pojawiły się iskry! Przecież mogłem się żywcem spalić!
Jego przyjaciel nie zwrócił jednak na suszarkę najmniejszej uwagi, bo właśnie próbował maksymalnie się skupić i przyciągnąć do siebie kubek z pobliskiego stołu. Przedmiot lekko dygotał i co jakiś czas nieznacznie się poruszał, natomiast przylewitować do Macmillana wcale nie chciał. W końcu jednak uniósł się w powietrze o kilka cali, ale w momencie, gdy chłopak na chwilę spuścił wzrok, szklanka z hukiem spadła na ziemię, rozbijając się na milion szklanych kawałeczków. Lewitowanie bez różdżki to bardzo trudna sztuka i właśnie z tego powodu Ernest znów poczuł chęć zemsty na koledze. W końcu to jego wina, że nie ma przy sobie różdżki! Mieli też inny problem. W ich pokoju było tylko jedno łóżko. Oczywistym jest, że dwóch dorosłych mężczyzn nie będzie spać w jednym łóżku, bo jak by to wyglądało? Zaraz po wejściu do pokoju zaczęli się kłócić. W końcu ustalili, po tym jak Justin trafił w najsłabszy punkt Erniego (- Ale Ernie, chyba nie będziesz spać w mugolskim łóżku, no nie?), że to on będzie spał w łóżku. Zaczęli gadać o Granger i przypominać sobie poszczególne strony książki o deportacji, nie do końca wiedzieli jak znaleźć jej punkt, a co dopiero sprawnie się teleportować, więc bali się, że taka na przykład Hermiona może się po drodze rozszczepić. W końcu powieki zaczęły im ciążyć, po krótkim ,,Dobranoc", każdy udał się w odległą krainę snu.

***

Każdy ranek w tym hotelu był dla Hermiony praktycznie taki sam. Wstawała rano, załatwiała poranną toaletę, ubierała się i rozczesywała włosy. Tym razem jednak, kiedy otworzyła oczy od razu poczuła, że dziś coś się zmieni. Szybki przeanalizowała plusy i minusy wyjścia z nieznajomymi. Są dwie opcje. Pierwsza, oni mówią prawdę i zaprowadzą ją do bliskich jej osób. Druga, to kłamcy i porywacze, wyniosą ją do lasu, zamordują i zostawią. W sumie obie opcje miały zaletę : Pierwszy raz od miesiąca z kimś porozmawia. Nie żeby się izolowała. Co to to nie, ona po prostu nie miała tu towarzystwa. Oprócz staruszki, która codziennie częstowała ją starymi herbatnikami, nikt nie zwracał na nią uwagi. ,,Jestem ofiarą losu", pomyślała. Nagle ktoś niespodziewanie zapukał do drzwi, no może nie tak niespodziewanie, bo przecież dwaj młodzi ,,dżentelmeni" już wieczorem zapowiadali swoje odwiedziny. Ernest omiótł pokój jednym spojrzeniem i zacmokał z aprobatą.
- No i patrz Justin, rok u mugoli i już uczysz się porządku.
Hermiona zarumieniła się lekko, wydawało jej się, że przy chłopcach zachowuje się sztywno i dziwnie, a wzmianka o porządku zawstydziła ją jeszcze bardziej, bo już dawno odkryła swoje zamiłowanie do perfekcji.
- Dobra, słonko - powiedział beztrosko Justin - Zbieraj manatki i wychodzimy.
Hermiona spojrzała na niego jak na idiotę.
- A śniadanie? - na jej słowa goście zrobili miny jakby nie znali takiego słowa, po czym odparli chórem:
-  Nie jemy tu śniadania!
- Ale ja jestem głodna.
- Nie ma mowy!
- To niesprawiedliwe, nie będę iść taki kawał drogi na czczo.
- Nie idziemy!
- Nie idziemy?
- Nie!
- Dobra cicho, przypominacie mi Freda i... - otworzyła usta ze zdumienia, przed chwilą w głowie uformował jej się obraz dwóch rudych bliźniaków - Tak, Freda i...
- I Georga - Justin uśmiechnął się triumfalnie.
- Oh, no tak - westchnęła Hermiona - a wracając, czemu nie idziemy? Macie samochód?
- Samochód?
- No takie urządzenie, które jeździ.
- Aaa, mugolskie? - zainteresował się Ernie - ale nie jedziemy samochodem, teleportujemy się.
Na twarzy dziewczyny można było dostrzec przerażenie.
- Tele... Co?
- No wiesz, tak jest najszybciej.
- A czy to boli?
- Baaardzo - zażartował Justin, za co dostał kuksańca od kolegi.
- Stresujesz ją.
- Eh, no dobra - Justin dał za wygraną - To wcale TAK bardzo nie boli - wywarł nacisk na słowo ,,Tak'', po czym zauważył jak Ernest sztyletuje go wzrokiem. Hermiona za to była przerażona, dlaczego ona ma się teleportować? I czy  to nie jest przypadkiem niebezpieczne.
- Dobra - rzekł Justin po krótkiej chwili - teraz sprawdzimy, czy zostały jej jakieś cechy gryfona.
- Już nawet wiem jak - Ernie uśmiechnął się wrednie - Co do teleportacji.. Hermiono? Chyba się nie boisz?
Dziewczyna niemal natychmiast odpowiedziała:
- Oczywiście, że nie!
- Pięć punktów dla Gryffindoru! - wyrecytowali chórem chłopcy śmiejąc się.
Hermiona była rozkojarzona. Nie wiedziała czym lub kim jest Gryffindor ani co to ma wspólnego z nią. Teleportacja... Samo słowo brzmi dziwnie. Sczerze? Bardzo się bała, ale nie chciała pokazać słabości przed młodymi mężczyznami. Tak po prostu miała i już.
- Dosyć gadania! - zarządził Ernest, wyrywając Hermionę z zamyślenia - Jesteś spakowana?
Nie, wcale nie była spakowana. Przez to całe gadanie zupełnie o tym zapomniała. Całe szczęście nie posiadała zbyt wielu rzeczy, więc po około pięciu minutach była gotowa.
- Niczego nie zapomniałaś? - dopytał Ernie - Pan - Idealny po raz piąty, kiedy schodzili ze schodów.  Tym razem jednak dziewczyna zupełnie go zignorowała, jedynym znakiem na to, że go słuchała było teatralne przewrócenie oczami. Chłopak poczuł się urażony i nie odzywał się aż do momentu, gdy weszli przez drzwi prowadzące do holu. Tam powiedział smętne ,,Do widzenia" i wyszedł z budynku. Teraz pozostała już tylko najważniejsza kwestia, a mianowicie: Jak daleko stąd jest punkt deportacji. Obaj chłopcy mniej więcej wiedzieli gdzie się kierować, ale o odległości nie mieli pojęcia. Oboje wychodzili z założenia, że jeśli Granger nie da rady, to będą ją nieść na zmianę. Skierowali się na północ, bo na szczęście wiedzieli która to strona i postanowili iść prosto przed siebie. Punkty deportacji były zaznaczone bardzo niepozornie. Było tak aby każdy przechodzący obok mugol nie zobaczył niczego nadzwyczajnego. Szli stosunkowo nie długo, gdy nagle Ernie przystanął. Przypatrywał się niewielkiej brzózce rosnącej na małym wzniesieniu. Okrążył ją dookoła i zaczął odliczać od niej kroki. Gdzieś około czternastego kroku przystanął i zaczął przypatrywać się ziemi pod jego stopami. Wyglądał śmiesznie schylając się i błądząc wzrokiem po trawie. Gdy zobaczył to czego szukał, oczy mu zaświeciły. Zawołał Justina i oboje zaczęli przypatrywać się znalezisku. W końcu podeszła również i Hermiona. Wielkie było jej zdziwienia, gdy ujrzała stary kapsel z napisem ,,MM".
- To skrót od Ministerstwa Magii - wyjaśnił Justin, po czy dodał - złap mnie za rękę.
Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie i po chwili poczuła lekkie szarpnięcie, pod wpływem którego przymknęła oczy. Gdy je otworzyła znalazła się w niezwykłym miejscu. Nawet ,,niezwykłe" nie określało do końca jego wspaniałości. Jak głosił wielki szyld wiszący na estetycznie zrobionym sklepieniu, właśnie znalazła się w Ministerstwie Magii.

***
*verumpotum - po drobnej poprawce (dziękuję ci Kvist) ustaliłam, że jest to eliksir prawdy, który 
działa tylko wtedy, kiedy jest ona słuszna i pomocna.

Nie zniechęcajcie się widząc błędy!

Witajcie! Jeśli tu trafiłeś, to bardzo Ci dziękuję za przeczytanie rozdziału.
Na razie w ogóle nie ma tu wątku Dramione, ale bądźcie cierpliwi, z czasem się pojawi :)
Cały czas szukam bety!